6 / 6
Copyright @Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

– W miasto?
(śmiech) W miasto już mniej, bo mamy za dużo tematów do obgadania, ale spotykamy się gdzieś, gdzie możemy sobie kilka godzin odreagowywać, przegadując wszystkie rzeczy, których nie możemy powiedzieć osobom mniej rozgarniętym emocjonalnie, czyli naszym partnerom. Najważniejszy jest element oczyszczenia, to znaczy wygadanie, przegadanie, przejrzenie się w oczach życzliwej przyjaciółki, która na koniec ci mówi: „Rozumiem cię, nic nie możesz na to poradzić” (śmiech). I to jest chyba najistotniejsze, bo nie chodzi o to, żeby sobie nawzajem rozwiązywać problemy. Chodzi tylko o to, żeby móc zyskać ten dystans, o którym rozmawiamy.


– „Na czerwonych podeszwach wyśnionych louboutinów przekraczała magiczną czterdziestkę, po której, jak wiadomo, nic już nie ma”. To z jednej z książek o 40-latkach. Ale nie o Tobie.
Po czterdziestce towarzyszy mi absolutne przekonanie, że nie muszę chodzić w szpilkach Louboutina i świat się nie zawali. Wręcz przeciwnie, jest mi wygodnie w trampkach i zamierzam właśnie w nich iść dalej przez świat. To jest dobrodziejstwo bycia dojrzałą kobietą, że możesz sobie pozwolić na to, żeby być dokładnie taką, jaką chcesz być, nie interesując się szczególnie tym, co na ten temat pomyślą inni.

 

– Jak się patrzysz na siebie 20 lat temu, co Cię najbardziej zaskakuje?
Kiedy sobie przypominam siebie sprzed 20 lat, nie mogę się nadziwić, że tak mało poświęcałam atencji, troski, czułości sobie samej. Że tak mało się sobą opiekowałam, że tak mało się ze sobą kumplowałam, że ciągle od siebie czegoś wymagałam, ciągle w sobie coś krytykowałam. Zupełnie to było niepotrzebne. No, ale młodość jest głupia, pani redaktor. Po prostu trzeba zacisnąć zęby i ją przeczekać (śmiech).


– A dziś?
Dzisiaj, z perspektywy, bardzo podziwiam, jak nie tylko ja, ale też mój partner, daliśmy sobie radę z początkiem bycia mamą i tatą bliźniaków. Nawet nie bardzo sobie mogę przypomnieć siebie z tamtego czasu, bo po prostu bardzo ciężko pracowaliśmy. Mam ogromny szacunek do tej babki, która dała radę, i do tego faceta. To solidny kapitał… A wracając do nowego projektu:Nigdy nie byłam typem rebeliantki, ale w zalewie „perfekcyjnych komunikatów”, które zmuszają kobiety do wciskania się w szpilki dwa tygodnie po porodzie, w zalewie zdjęć z plaży, na których modelka po urodzeniu czwartego dziecka wygląda tak, jak ja nie wyglądałam nawet przed maturą. W zalewie tych wszystkich bzdur cieszy mnie to, że dostałam szansę w postaci Anki z serialu „Nie rób scen”, i mogę postawić weto. Powiedzieć: Niech oni wszyscy pukną się w głowę! Dziewczyny, nie dajmy się zwariować!!!


– Brzmi wojowniczo. Robisz sceny? Malowniczo wtedy wyglądasz?
Wyglądam raczej jak Popeye, wiesz, ten marynarz, który jadł dużo szpinaku i nadymał się – o tak…(śmiech).


– Chłopcy chowają się wtedy za nogawki tatusia?
Moje dzieci niczego się nie boją, a już na pewno nie mnie.


– No to po co Ci te sceny?
Jak to po co? Żeby zachować resztki godności… (śmiech).

 

Polecamy też: Te okładki to kwintesencja kobiecości! Wiecie, ile najwięcej gwiazd razem było na okładce VIVY?

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magdalena Boczarska o filmowych i niefilmowych rolach życia. Mariola Bojarska-Ferenc z synem Aleksem opowiadają, jak celebrują życie i posiłki. Oszołom, obibok… Tak mówiono o Miśku Koterskim. To się zmieniło, gdy się zakochał i został ojcem.