URODZINY GWIAZD

Urszula Dudziak: „Nic się nie kończy z menopauzą. Dojrzałość jest trendy”

Gwiazda kończy dziś 75 lat!

Beata Nowicka 22 października 2018 18:16

Urszula Dudziak kończy dziś 75 lat! Najwybitniejsza polska wokalistka jazzowa, dysponująca niesłychanie szeroką skalą głosu. W jej dorobku artystycznym znajduje się ponad 50 albumów. Urszula Dudziak nagrywała wspólnie z Krzysztofem Komedą, Michałem Urbaniakiem, Bobbym McFerrinem, Niną Simone, Stingiem, Lionelem Hamptonem. Królowa improwizacji. Oryginalna i kreatywna artystka. Tylko ona potrafi po mistrzowsku naśladować dźwięki instrumentów. Perfekcja intonacji, doskonała technika śpiewu, sprawiają, że mało kto potrafi jej dorównać, a dystansem do świata, humorem, oczarowuje słuchaczy. Po przyjeździe do Ameryki została ogłoszona przez „Los Angeles Times” najlepszą amerykańską wokalistką jazzową. Mimo ogromnego dorobku muzycznego, światową sławę zyskała utworem Papaya.

„Napisz wyraźnie, że nic się nie kończy z menopauzą. Dojrzałość jest trendy. Ja - młoda kobieta z dużym stażem. Fajnie to sobie wymyśliłam?”, mówiła VIVIE! Przeszła wiele zanim zdobyła międzynarodową sławę i uznanie. Tylko ona wie, jak wiele kosztowało ją pokonanie samej siebie.

„Myślę, że najgorsza rzecz, jaką możemy sobie zafundować, to nie dowiedzieć się, kim my naprawdę jesteśmy. Dziś jestem bardzo, bardzo szczęśliwa”, powiedziała Urszula Dudziak w wywiadzie dla VIVY! z 2015 roku Beacie Nowickiej.

W VIVIE! opowiadała o drodze na szczyt i życiu w Ameryce. Dzięki czemu czuje się jeszcze dojrzalsza i pogodniejsza? Czego nauczyło ją życie poza granicami kraju?

Kiedy przyjechała do Nowego Jorku w 1973 roku jako niespełna 30-latka była...

„…Zakompleksiona. Śmiać chce mi się dziś, gdy wspominam, jak przeżywałam trzydziestkę. Myślałam, że jestem staruszką. W ogóle w siebie nie wierzyłam. Stara, brzydka, głupia. I tylko ratowała mnie muzyka. Jak wchodziłam na scenę, kompleksy znikały. Byłam najatrakcyjniejsza, najinteligentniejsza, najmądrzejsza, najpiękniejsza w tej mojej muzyce. I to mi rekompensowało wszystko. Dlatego nie mogłam się doczekać, żeby zaśpiewać. Oto ja, Urszula Dudziak. Jestem kimś” , mówiła artystka w wywiadzie dla VIVY! z 2014 roku.

Z okazji 75. urodzin, najlepszej polskiej jazzowej wokalistce życzymy, by wciąż była pełna młodzieńczej energii. A wraz z najserdeczniejszymi życzeniami przypominamy zdjęcia i wywiad z archiwum VIVY!

— Straconka. Miejsce urodzenia jednej z najpotężniejszych wokalistek jazzowych. Urszula ze Straconki...

(śmiech) Z tą Straconką miałam straszny problem w szkole, koledzy się ze mnie śmiali, dokuczali mi: „O, tam u ciebie to się dzieci traci”. Wyobraźnia dziecięca jednak nie ma granic. Ostatnio dowiedziałam się, że setki lat temu naprawdę zwoziło się do Straconki skazańców i tam się ich traciło. Dziś Straconka jest dzielnicą Bielska-Białej. Niedawno wyrabiałam sobie nowy dowód osobisty i urzędniczka mnie pyta: „Gdzie się pani urodziła?”. „W Straconce”. A ona patrzy w komputer i mówi: „Nie istnieje taka miejscowość. Nie ma”. Jak to nie ma?! Całe życie myślę o tej Straconce, a pani mówi: „Nie ma, nie istnieje”. „No bo nie ma”, ona na to i wpisała mi: „Bielsko-Biała”.

– Naprawdę myślisz o Stracone całe życie?

Naprawdę. Nazywałam ją metafizyczną klapą bezpieczeństwa. Wyprowadziliśmy się, jak miałam dwa lata, ale całe dzieciństwo wracałam tam do babci na wakacje: od rana do wieczora latałam na bosaka po ściernisku, prosto z gałęzi jadłam ogromne czarne czereśnie, wiśnie, jabłka, gruszki, agrest, porzeczki… Tam były przepiękne sady i góry. Łysa Góra wydawała mi się potężna jak Kilimandżaro, a po prawej stronie wznosił się dostojny Klimczok. Zawsze wracałam myślami do tego miejsca. To była dla mnie terapia. Była, jest i będzie. W jakiś dziwny sposób utożsamiam się z tą malutką Urszulką, która jest niewinna, łatwowierna, bezpieczna, ciekawa świata. Za każdym razem, kiedy dopadały mnie kataklizmy życiowe: śmierć, rozwód, rozstania, to zasypiając, przenosiłam się właśnie do Straconki.

– Nawet na Manhattanie?

Przede wszystkim. Bo bardzo długo czułam się tam nieszczęśliwa, obca, zagubiona. Przez lata nie miałam odwagi, żeby pojechać do Straconki. Wszyscy mi mówili: „Nie jedź tam, bo to miejsce, które pamiętasz, już nie istnieje. Będziesz płakać za utraconym rajem”. Ale mnie tam ciągnęło. Teraz mam dwie Straconki: jest ta z dzieciństwa, z zapachem siana w nozdrzach i polną drogą, którą chodziliśmy do kościoła, i ta dzisiejsza, ekskluzywna, gdzie mój kuzyn wybudował piękną góralską willę z widokiem na Klimczok.

– Jak ta naiwna, łatwowierna, niewinna, ciekawa świata dziewczynka wspięła się na szczyt? Musiałaś któreś z tych cech porzucić?

Ja w dalszym ciągu mam te cechy. Oczywiście bywało, że się w życiu zawiodłam, że ktoś to wykorzystał, zdradził mnie, oszukał, ale myślę, że największą szkodę wyrządziły mi tak zwane uwarunkowania życia.

– Wytłumaczysz mi?

Wyobraź sobie literę U, jak Urszula. Ja się urodziłam na samym szczycie, byłam wtedy geniuszem, bo każde dziecko rodzi się geniuszem. I potem się zaczyna jazda w dół. Idziesz do przedszkola, do szkoły, potem matura, studia, praca, zarabianie na rachunki i cały ten czas oblepia cię błoto uwarunkowań. W szkole mówią: „Ty tumanie”, w domu, że nie masz ambicji, na religii, że pójdziesz do piekła, koleżanki: „Boże, ty jesteś taka brzydka, jakim cudem masz takie powodzenie u chłopaków, ja tego nie rozumiem”. Oczywiście ja zapamiętałam wyłącznie, że brzydka, a to, że mam powodzenie wróciło do mnie dopiero lata później. No i sam dołek tego procesu przypada na środek życia – pomiędzy czterdziestką a czterdziestkąpiątką.

– Ważny moment.

Strasznie ważny. Ostatnia chwila, żeby się dowiedzieć, kim jesteśmy, co robimy, czy mamy partnera, o jakim marzyliśmy, czy mamy zawód, w którym się spełniamy, czy mieszkamy w kraju, który nam pomaga żyć. Najgorsza rzecz, jaką możemy sami sobie zafundować, to nie dowiedzieć się, kim naprawdę jesteśmy. Czasami łapałam się za głowę: Dlaczego ja to zrobiłam, dlaczego podjęłam taką decyzję? Trzeba zrobić wszystko, żeby otrząsnąć się z tego francowatego pancerza, tego błota.

– Kiedy przyszedł Twój moment przebudzenia?

To był rozwód z Urbaniakiem. Byłam w kompletnej panice. Najpierw mnie to sparaliżowało, ale powoli zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miałam 40 lat, dwoje dzieci i byłam taka nieporadna, tak kompletnie nie umiałam zadbać o swoje rzeczy. Byłam cały czas pod skrzydłami Urbaniaka, który wszystko wiedział najlepiej i wszystko umiał najlepiej. Opowiem ci taką historię, to zrozumiesz. To były lata 80., przed rozstaniem z Urbaniakiem. Pojechaliśmy z Kasią i Miką na wakacje do mojego brata, do Szwecji. On ma bardzo fajny dom, a na górze stryszek. Byłam wtedy zafascynowana elektroniką i z tymi instrumentami zamknęłam się na tym stryszku jak w więzieniu. Oni tylko przynosili mi tam jedzenie albo wołali: „Ula, obiad”. Czułam się jak w raju. Nie chciałam stamtąd wychodzić. Po 10 dniach miałam nagraną całą płytę, 10 utworów. Wymyślonych, skomponowanych, zaaranżowanych, zapamiętanych. To był szok. Szok olśnienia! Zrobiłam to, a przecież przez lata słyszałam, że ja nie mam pamięci, nie umiem komponować, nie umiem aranżować, a w ogóle to się nie znam na elektronice…

– Zrobiłaś to, bo przez te 10 dni w samotni mogłaś znowu stać się tym genialnym dzieckiem?

Właśnie tak. Zapomniałam się. Byłam tam tylko sama ze sobą. Kiedyś wracaliśmy z Jurkiem Kosińskim w środku nocy z jakiegoś przyjęcia i on mi powiedział: „Wiesz co, Uleńko, kiedy byłem małym chłopcem, wszystko czułem, ale nic nie wiedziałem. Teraz wszystko wiem, ale nic nie czuję”. To jest dokładnie to, o czym mówię. Nie rozumiemy siebie. Dużo o tym mówię na koncertach. Czasami, jak zacznę gadać, to zapominam grać. Moi muzycy mówią: „Ula, dość już tego, daj pograć” (śmiech).

– Kiedy przestałaś być tą fajtłapą życiową?

Trudno mi było, bo jak wiesz, przyzwyczajenie jest drugą naturą. Wszystko trzeba w sobie przegryźć, a trwa długo, bo zazwyczaj jak jakieś nieszczęście na ciebie spada, nie jesteś na to gotowa. Urbaniak odszedł, a przyjaciele mi mówili: „Ula, weź się w garść”. No cholera, ale co to znaczy „weź się w garść”, jak mi się właśnie świat zawalił na głowę. Nigdy tego nie zapomnę, miałam taki jeden moment, kiedy chwyciłam się latarni na 5th Avenue, bo mi się wydawało, że mnie zaraz zmiażdży… Ktoś mnie klepał: „Hello, can I help you? What’s going on?”. Myślałam, że odjeżdżam, że wariuję. Najgorsza jest panika i strach. Wtedy człowiek traci poczucie rzeczywistości.

– „Życia nie da się zacząć od nowa. Ono zawsze się za tobą ciągnie, zostawia ślady”, przeczytałam w jednej z książek. O Tobie pisali, że jesteś druga po Elli Fitzgerald, ale żeby przeżyć, przez pół roku sprzedawałaś ruskie wzmacniacze w jakiejś norze.

Dzieci bardzo mi pomogły. Były dla mnie ubezpieczeniem. Instynkt wewnętrzny mi mówił: To twoje dzieci i musisz zrobić wszystko, żeby wyszły z tego jak najmniej okaleczone, bo już i tak zostały zranione. Ta rysa zostanie na zawsze, ale zrób tak, żeby była jak najmniej bolesna.

Wtedy miałam najprzeróżniejsze pomysły, jak sprzedawanie tego ruskiego badziewia, byle się gdzieś zaczepić, zarobić na przeżycie, bo nie byłam gotowa, żeby wyjść na scenę. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim zdołałam cokolwiek z siebie wydusić. Wyczekiwałam na ten moment, kiedy rzeczywiście się odbuduję.

– Trzydzieści lat spędziłaś w Nowym Jorku. Czego Cię nauczyła Ameryka?

Doceniać samego siebie. Nie krygować się, nie udawać skromności. W Ameryce skromność jest postrzegana jako brak wiary w siebie. Zawsze byłam radośnie nastawiona do życia, mam to po ojcu, mój tata był wiecznie uśmiechnięty, a pobyt tam nauczył mnie takiej radości na co dzień. Jak się coś dzieje, nie rozpaczam, dlaczego przydarzyło się to akurat mnie, tylko instynktownie w pierwszej kolejności pytam: „Co teraz zrobić?”. Nie zadręczam bliskich. Jestem praktyczna, pragmatyczna i do każdej trudnej sytuacji podchodzę zadaniowo. Łapać byka za rogi – tego się w Ameryce nauczyłam. Jakiś czas temu prowadziłam koncert dla lekarzy, było ich tam kilkuset. Opowiadam im jakieś anegdotki z mojego życia, wszyscy „ha, ha, ha, ha”, a nagle mówię: „Wiecie co, wierzę, że siłą umysłu można zmienić swoje geny…”. Na sali zapadła cisza (śmiech). Pewnie pomyśleli, że…

– ...Dudziak kompletnie zwariowała.

Tak jej odbiło, że nie wie, co gada. Jakiś czas potem przeczytałam w prasie, że można sterować własnymi genami i te trefne uśpić, a te przyjazne uaktywnić. Czyli w jakimś stopniu głową sterujemy tym, co jest dobre i co złe. Zawsze uważałam, że na wiatr nie mamy wpływu, ale na żagle, tak.

– Zawsze mi się podobało, że teorię testujesz na własnym życiu. Może dlatego ludzie nie tylko kochają Cię, jak śpiewasz, ale też kiedy im o sobie opowiadasz. Pamiętam, jak po swojemu walczyłaś z rakiem.

Rak jest trochę jak gra w ruletkę. Kiedy w 2008 roku okazało się, że mam raka, nie zastosowałam żadnego leczenia. Miałam mastektomię, usunięto mi lewą pierś, ale potem, kiedy lekarze przepisali mi chemioterapię, naświetlanie, nie wzięłam nic. Doszłam do wniosku, że sama sobie poradzę. Nie opowiadałam o tym głośno w mediach, ponieważ uważałam, że to jest moje życie i za to jedno życie jestem w stanie wziąć odpowiedzialność. Ale bałam się, że nie daj Boże ktoś powie: „Dudziak nie bierze chemii, to ja też nie wezmę” i potem umrze. To była niesamowita historia, ponieważ kiedy zachorowałam, Kasia była w Syczuanie i zgłębiała medycynę chińską w zakonie. Zadzwoniłam do niej: „Kasiu, jestem chora, mam raka piersi”. Ona natychmiast się spakowała, wróciła do Nowego Jorku, a stamtąd przywiozła mi do Warszawy dwa kartony: jeden z książkami, drugi z suplementami i powiedziała: „Mama, zrobisz, co uważasz za stosowne. Jeśli uznasz, że chemia ci nie pomoże, to jej nie weźmiesz. Ale na jedno ci nie pozwolę – na ignorancję. Musisz przeczytać na temat tej choroby wszystko, co jest dostępne”. Zaczęłyśmy przedzierać się przez setki badań, pojechałam z nią na dwa tygodnie do Kushi Institute, makrobiotycznego instytutu w Massachusetts, i kiedy wróciłam do Warszawy zupełnie zmieniłam swoje życie. A trzy tygodnie po wyjeździe Kasi z Chin do mnie do Warszawy Syczuan nawiedziło olbrzymie trzęsienie ziemi i po zakonie Kasi nie zostało ani śladu. Wszyscy, którzy tam byli, zginęli.

– To niesamowite. Uratowałyście sobie nawzajem życie. Dobry moment, żeby zapytać: jesteś szczęśliwa?

Odpowiem ci tak – od przeszło dwóch lat mam fantastyczny związek. Spadł mi z nieba cudowny facet, który jest moim alter ego. Kapitan żeglugi wielkiej, który potrafi zrobić wszystko. Nigdy nie muszę o nic go prosić: „Boguś, zrób zakupy, ugotuj…”. On wszystko widzi. On widzi to, co ja widzę. Ma wyjątkowe poczucie humoru, poza tym on mi strasznie imponuje swoją wiedzą, bo przeczytał milion książek. Często, kiedy rozwiązujemy razem krzyżówki, mówię mu: „Boguś, ty jesteś taki mądry, twoja wiedza mnie po prostu powala”. Świetnie gra w tenisa, w brydża, jest zgrabny i pięknie pachnie…

– Ideał.

(śmiech) Pytałaś mnie, czy jestem szczęśliwa…

– Tak. Słynny neurobiolog profesor Vetulani powiedział niedawno, że ludzie życzą sobie zdrowia, a on – szczęścia, bo co mu z tego, że będzie zdrowy, kiedy przejedzie go ciężarówka na pasach dla pieszych.

Więc jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, aczkolwiek przed spotkaniem Bogusia też byłam zadowolona z życia. Jesteśmy razem już trzy lata, ale wcześniej przez osiem lat byłam sama. Dziewczynki mówiły, a szczególnie Kasia: „Mamo, jesteś taką świetną laską, powinnaś mieć jakiegoś fajnego boyfrienda”. A ja jej odpowiadałam: „Kochanie, a po cholerę mi boyfriend? Mam wszystko, moje projekty, płyty, koncerty, podróże, zarabiam pieniądze, kocham ciebie i twoją siostrę, mam przyjaciół i jest mi w życiu fajnie. Po co mi facet. Daj mi dziecko święty spokój”. Potem spotkałam Bogusia i znalazłam się w innym wymiarze. Teraz moje życie jest zbalansowane. Wiesz, że w Ameryce, jak człowiek jest sam powyżej pięciu lat, to wysyłają go na terapię, żeby nadal mógł zbudować związek z drugą osobą. Bo człowiek szybko staje się egoistą skupionym na sobie, a natura stworzyła nas do życia we dwoje. Bo razem tworzymy piękną całość. I ja się z tym zgadzam. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dorota Wellman w naprawdę mocnej rozmowie z Aleksandrą Kwaśniewską!