WYWIADY VIVY!

Ich związek do dziś budzi kontrowersje! Co Andrzej i Kamila Łapiccy mówili o swojej miłości?

Dzieliło ich 60 lat…

Konrad Szczęsny 5 czerwca 2018 06:45

Wyznanie córki Andrzeja Łapickiego, Zuzanny, odbiło się w ostatnim czasie w mediach szerokim echem. Stwierdziła ona, że rozumie, dlaczego jej ojciec zdecydował się na małżeństwo z Kamilą Mścichowską. „Nie byłam jakoś specjalnie zachwycona, ale wiedziałam, dlaczego postanowił ożenić się z młodszą od siebie o ponad pół wieku kobietą. On po prostu odrzucał starość. Dla niego to było upokorzenie, na które się nie godził. Jak to kiedyś napisał Czesław Miłosz: Przemijanie - jestem przeciw”, komentowała w wywiadzie dla Wysokich Obcasów Extra. A co łączącym ich uczuciu mówili sami zainteresowani w wywiadzie dla VIVY! w 2010 roku? Zamieszczamy go w całości poniżej.

Andrzej i Kamila Łapiccy o małżeństwie, różnicy wieku i miłości w wywiadzie dla VIVY!

Nigdy nie krył, że bał się związku z tak młodą kobietą. Rzucił się na głęboką wodę, ale nie żałuje. Mówi jej „żonko malutka”. Ona jemu „Andriuszka”. Co ludzie na to, nieważne. W niezwykłym wywiadzie dla VIVY! Kamila i Andrzej Łapiccy zdradzają sekrety swojego małżeństwa. Wkrótce ich książka „Nic się nie stało”.

Ten rekord nadaje się do Księgi Guinnessa. On, aktor z opinią wiecznego amanta, udowodnił, że miłość nie wie, co to metryka. Nie bacząc, co powiedzą inni, poprosił ją o rękę. A ona, 60 lat młodsza od niego, przyjęła te oświadczyny. Studiowała wtedy teatrologię, pracując w miesięczniku Teatr, gdzie przynosił jej do przepisania na komputerze swoje felietony, bo zawsze pisał ręcznie. Po trzech miesiącach zostali parą. Po czterech – wzięli ślub w Sokołowie Podlaskim, bo tam terminy były najszybsze. Przeszło rok po ślubie są tak szczęśliwi, że złośliwe plotki ich bawią. 

„Ten związek dał mi kopa do życia”, mówił Andrzej Łapicki. Od dawna tkwił w fotelu, patrząc w telewizor, gapiąc się na ligę angielską, Tuska czy Kaczyńskiego. Cały dzień w szlafroku, zżerająca samotność. I nagle zobaczył, że to nie musi być koniec. Kamila (z domu Mścichowska) sprawiła, że odmłodniał, zaczął bywać w teatrze i na bankietach. Znów ma apetyt na życie. Oboje przygotowali książkę z jego felietonami drukowanymi w „Rzeczpospolitej” i swoimi rozmowami o sztuce,  pasjach i życiu na podglądzie.  

Dla Vivy!, na wyłączność, zgodzili się na niezwykłą rozmowę. Kamila pyta, Andrzej ripostuje!

Andrzejku, spojrzałam na Twój nocny stolik i kiedy zobaczyłam „Dzienniki” Iwaszkiewicza, przypomniało mi się, że kiedyś w rozmowie z Tadziem Konwickim nazwałeś go „Iwachą”.

Bo ja go znałem sto lat. To znaczy on miał sto lat, jak ja zaczynałem. 

Gdzie się poznaliście?

Jego córeczki – Marysia i Teresa – były bardzo towarzyskie i zapraszały młodych ludzi do siebie, do Stawiska. Mówiły: „Przyjedźcie w niedzielę, to sobie pogracie w hokeja” i myśmy tam jeździli w czasie okupacji. Wzbudzaliśmy tym pewną niechęć pasażerów kolejki EKD – widzieli, że jedziemy z łyżwami, i myśleli: Tu wojna, a oni się w sporty bawią. 

„Oni” to znaczy kto?

Taka „złota młodzież”: Schiele – syn właściciela przedwojennego browaru, rozstrzelany przez Niemców, czy Janek Pawłowski – mój przyjaciel, który zginął w wybuchu „Goliata”. Jest takie zdjęcie – nas siedmiu siedzi w strojach do hokeja. I z tych siedmiu tylko ja żyję. Ale nie umarli ze starości, bo nikt nie doczekał nawet Powstania. Ci chłopcy brali udział w różnych dywersyjnych akcjach i po prostu zginęli. 

A kiedy jeździłeś do Stawiska, często widywałeś Iwaszkiewicza?

Tak, był tam. Witał się z nami z wylewnością, powiedziałbym eufemistycznie.

Kiedyś chyba mówiłeś, że napisał sztukę z myślą o Tobie?

Tak, ale to było opowiadanie 

„Kościół w Skaryszewie”. Nikt tego nie wystawił, dopiero w latach 80.

Różewicz zrobił na tej podstawie film. Myślisz, że ja się wtedy interesowałem tym, że Iwaszkiewicz napisał dla mnie opowiadanie?

A Iwaszkiewicz nie był już wtedy Iwaszkiewiczem?

Był jeszcze więcej niż Iwaszkiewiczem, był podwójnym Iwaszkiewiczem. 

Więc?

Byłem sceptyczny od urodzenia.

Ale teraz czytasz „Dzienniki”.

Bo teraz myślę, że był wielkim pisarzem. Te „Dzienniki” są jak proza – wspaniale opisani ludzie i przyroda, na przykład drzewo, które rosło przed gankiem w Stawisku.  

Przyjaźniłeś się raczej z literatami niż z aktorami, dlaczego?

Kontakt z pisarzami był dla mnie ważniejszy, co mi zostało po dziś dzień. W końcu moim jedynym przyjacielem jest Tadzio Konwicki. Na wódkę też chodziłem z pisarzami.

Z kim na przykład?

Z wymienionym Konwickim, z Minkiewiczem, z Brzechwą.

Z Janem Brzechwą od „Akademii pana Kleksa”?!

Pewnie! To był dżentelmen. Bardzo elegancki, inteligentny, bardzo fajny.

A gdzie się poznaliście?

Przy wódce.

Gdzie się chodziło na wódkę?

W Łodzi, gdzie zaczynałem swoją wielką karierę, aktorzy chodzili do Casina i tam się upijali szklankami, a bardziej wyrafinowani chodzili do Pickwicka, czyli klubu literatów. Tam bardzo miło spędzaliśmy czas, bo rozmowy były niewątpliwie inteligentne. Chociaż było to trochę niebezpieczne, bo bufetową była matka Erwina Axera, i jak miałem kaca i dzwoniłem do teatru, że mam grypę, Axer mówił: „Nie zawracaj głowy, wypiłeś wczoraj pół litra wódki z grejpfrutem, mama mi opowiadała”. 

Czy pisarze chcieli się przyjaźnić z aktorem, to nie był dla nich despekt?

Wiesz, ja byłem inteligentny, więc dopuszczali mnie. Sam się dziwiłem. 

Andrzejku, ponieważ nasze życiu jest spokojne i powtarzalne, trzeba je nieco ubarwić. Tak powstaje plotka. Na przykład o tym, jak obcięłam włosy.

(Andrzej się śmieje, cóż, zna te wszystkie plotki).

Tytuły krzyczały, że nie uprzedziłam Cię o swoim drastycznym kroku, czym prawie doprowadziłam Cię do zawału oraz dowiodłam własnej niepoczytalności. Zostałam porównana do buntowniczej piosenkarki Sinéad O’Connor, depresyjnej piosenkarki Britney Spears, wybitnego sportowca Adama Małysza oraz postaci fikcyjnej – Kermita Żaby. Powiedz, proszę, jaka była prawda, aby bez przeszkód mogła pójść w świat dzięki przedrukom w prasie oraz przedrukom przedruków w Internecie.

Powiedziałaś mi, że musisz obciąć włosy, żeby ci odrosły zdrowe, i spokojnie przyjąłem to do wiadomości. Możemy napisać: „Odbyło się to za moją wiedzą i zgodą”. Czy tym już zdementowałem plotkę?

Chyba tak (śmiech). Chociaż – to w ramach czarnego humoru – słyszałam, że informacje na temat mojej nowej fryzury można było znaleźć w Internecie po skrótach trzech haseł: Łapicki, włosy, zawał. To sugerowało, że masz kłopoty ze zdrowiem, a ja czyham na Twoje tantiemy.

To strasznie głupie, bo ja mam tantiemę za film fabularny wyświetlony w telewizji siedem i pół złotego. Tyle ode mnie wyłudza taki, co pilnuje samochodów i życzy nam „wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia”. Zresztą podobne plotki się pojawiły, jak poszedłem na badania do szpitala. 

Andrzej, trzeba powiedzieć, że na podstawie zdjęć, które przedstawiają zwyczajne sytuacje, tworzy się niestworzone historie. Ponieważ jesteśmy rozsądni, chodzimy na badania okresowe raz na jakiś czas, i ile razy ktoś sfotografuje Cię w szpitalu, tyle razy zrobi z tego niezdrową sensację. Tymczasem tak będzie do końca życia. Tak jak z noszeniem walizek. Jestem strongwoman i noszę, co w tym złego? Jeszcze nieraz się tak zdarzy. 

Masz rację, ale kiedy przeczytałem o sobie, że mój stan się pogorszył, poczułem się mniej więcej, jakbym był w stanie agonalnym, tymczasem wczoraj dmuchnąłem setę do kolacji, bardzo dobrze spałem i czuję się świetnie. 

Andrzej, kiedy miałeś 26 lat, tak jak ja teraz, kto był dla Ciebie gwiazdą? 

Józef Węgrzyn, największy polski aktor.     

Grałeś z nim w teatrze – to wiem, bo przy łóżku stoi zdjęcie, z którego jesteś taki dumny.

Lubiłem też jego filmy.

Chyba nie znam żadnego.

Grał, na przykład w „Strachach”, gdzie mówił: „Zawiało cię sniegiem, Rassijo”. I to było tak przejmujące, że do dziś dnia to pamiętam. Zresztą nie tylko ja, bo Tadzio Konwicki też uważa, że zrobił to wstrząsająco.

Czy ludzie, tak jak dziś, byli ciekawi życia gwiazd?

Tak, oczywiście.

Kto był ulubieńcem widowni?

Na przykład Eugeniusz Bodo, który zawsze się fotografował ze swoim psem.

Gdzie były publikowane te zdjęcia?

Przede wszystkim w piśmie „Kino”, bardzo je lubiłem. Były tam plotki, ale też recenzje czy zapowiedzi filmów.

Co Cię ciekawiło w Węgrzynie – idolu: to, co je na śniadanie, czy raczej jakie ma poglądy polityczne?

Ani jedno, ani drugie. Trudno to zdefiniować, ale chciałem o nim dużo wiedzieć.

Do jakich granic sięgała Twoja ciekawość?

Ciekawiło mnie, z jakiej był rodziny, kim był jego ojciec, gdzie się uczył – takie rzeczy.

A nie sądzisz, że teraz ludzka ciekawość poszła w innym kierunku?

Klozetowa się zrobiła. 

Myślę, że dla jednych interesujące są Twoje role, poglądy, przeżycia – to, co zapisujesz w felietonach, a dla innych właśnie to, czy pijesz do śniadania kawę czy herbatę?

Tym się w ogóle nikt nie zajmował, nikt nie wchodził tak daleko w prywatność.

A gdzie była granica prywatności?

Na przykład, kiedy pokazali, jak tańczy Zula Pogorzelska z Wieniawą-Długoszowskim, to było już bardzo pikantne zdjęcie.

Ale to była sytuacja oficjalna.

Tak, to było w Adrii czy na jakimś bankiecie, ale i tak to była sensacyjna wiadomość na tamte czasy.

Bardzo się przesunęła ta granica.

Ogromnie.

W niektórych ludziach jest rodzaj niedobrej bezczelności – patrzą na ciebie, pokazują palcem, szturchają sąsiada i nawet jeśli na nich popatrzysz, nikt nie czuje się zmieszany, traktują cię, jakbyś był ślepy albo głuchy. Panuje kult podglądactwa. Najlepiej zrobić zdjęcie komórką, sprzedać za kilka złotych i pochwalić się znajomym.

Ale mamy też dużo miłych sytuacji.

Oczywiście, to zupełnie co innego jak ktoś podchodzi, podaje rękę i chce się przywitać, bo na przykład przyjechał z innego miasta i zobaczył znaną twarz.  

To i tak było nie do pomyślenia przed wojną, żeby ktoś podszedł do takiej osoby jak Węgrzyn czy Dymsza i zagadał. Dystans był. 

Czyli jak Węgrzyn poszedł do sklepu spożywczego kupić masło w kostce, nikt go nie zaczepiał.

Wiesz, ja myślę, że on nie chodził do sklepu spożywczego, żeby kupić masło w kostce.

To skąd miał masło?

Pewno miał służącą (śmiech).

Ale na pewno ludzie podchodzili po autografy?

Tak, ale też w jakichś bardziej oficjalnych sytuacjach. Nie było podchodzenia całymi klasami i wymieniania podpisów – za pięć „Englertów” dziesięć „Lind”. 

Ty też zbierałeś?

Tak, autografy sportowców.

Miałeś jakieś „białe kruki”?

Ale nikt nie wie, kto to był…

Zaryzykuj.

Na przykład Iso-Hollo – fiński lekkoatleta, Mostert – świetny biegacz, Belg. Podchodziłem i prosiłem. Miałem też autograf Kusocińskiego. W kinie go spotkałem i podszedłem, ale długo się przełamywałem.

Był miły?

Nie, raczej niechętny.

Andrzejku, często słyszę pytanie: „Czego nauczyła się pani od męża, co on zyskał dzięki pani?”. I zawsze czuję się niezręcznie, bo nie wiem, co odpowiedzieć. Przecież w każdym dobrym małżeństwie ludzie uzupełniają się w jakiś sposób, ale nikt nie zapisuje tego w punktach. To nie jest umowa barterowa.  

Jednak każdy coś czerpie. Ja – młode spojrzenie, Ty – doświadczenie. 

Tak, ale teraz mówimy oczywistości. 

Bo ja uważam, że nasze małżeństwo jest oczywiste. 

Tym bardziej irytuje mnie robienie z niego dziwowiska tylko dlatego, że nie jesteśmy równolatkami. Tak sobie pomyślałam, że moglibyśmy się poznać w „Randce w ciemno”. Oglądałeś taki program?

Coś mi się kojarzy.

Idea była taka, że ludzie się nie widzieli, tylko siedzieli za wachlarzem i ze sobą rozmawiali, po czym dokonywali wyboru. Nasze małżeństwo jest podobne. Patrzę na Ciebie jak na ukochaną osobę, a nie człowieka, który ma 86 lat.

Ja nie mam tyle (śmiech).    

Andriuszka, które z urządzeń technicznych jest Ci potrzebne do życia? Telefon komórkowy?

Tylko. Żebym się mógł dodzwonić do Ciebie, Zuzi, pani Haliny, która pomaga nam w domu, do Tadzia i wysłać sms-a Weronice. 

A Internet?

Wiem, że służy do wszystkiego, że cały świat tam jest i że Ty siedzisz w nim dzień i noc.

Pamiętasz, kiedyś pokazałam Ci fragment „Sposobu bycia” – Twojego kultowego monodramu z 65 roku, który można zobaczyć na YouTube.

Pamiętam, mówiłem wtedy tak szybko jak Ty teraz. 

A telewizor?

Co telewizor?

Jest Ci potrzebny?

Tylko żeby móc obejrzeć „Fakty”. To mi wystarczy i jak się dowiem, spokojnie mogę zgasić telewizor.

I otworzyć książkę.

I otworzyć książkę. I dopiero jest ciekawie, bo najwięcej lubię czytać książki.

Dzięki temu mamy w domu mały Empik.

Tak, ale te książki trzeba komuś oddawać – grube, ciężkie, Ty kupujesz mi same wydawnictwa, które ważą po 25 kilo.

Bo Ty czytasz głównie historyczne, a one są tak wydawane. 

Dlaczego tak wydają?

Nie wiem, ale wydań kieszonkowych nie spotkałam. 

Nasze okładki będą miękkie, nie?

Tak, w miękkiej oprawie. Żeby można było poczytać w pociągu. Teraz się okazało, że nie robimy tej rozmowy bezinteresownie.

Dlaczego?

Bo robimy ją dlatego, że ukazuje się książka, nad którą pracowaliśmy wspólnie.

Jesteśmy autorami.

Ty jesteś autorem, ja jestem współautorem.

Tak samo jesteś współmałżonkiem.

Teraz ludzie całują się, czekając na metro. 

Przed wojną nie do pomyślenia, ale to przyszło z Zachodu – tam się ludzie całowali na ulicy, więc jak przyszła moda zachodnia, zmieniły się też obyczaje i wszyscy zaczęli się publicznie obściskiwać. 

Gorszy Cię to?

Nie, mnie nic w ogóle nie gorszy.

Ale sam się tak nie zachowujesz.

Bo ja jestem z innej szkoły.

Ja się zapisałam do tej szkoły. Uważam, że nie trzeba niczego udowadniać i manifestować uczuć, wystarczy, że ma się je w głowie i w sercu.

Masz rację. Ale nie wszyscy tak myślą, więc chłopaki z długimi lufami urządzają na nas polowanie, safari – idzie nosorożec, jest, no to łup go z tej strony, łup go z tamtej.

I nic się nie da ukryć (śmiech).

Andrzejku, zadam Ci pytanie z klasyki: gdybyś miał wymienić trzy rzeczy, które są dla Ciebie najważniejsze, co by to było?

Ty i cała nasza rodzina, a potem święty spokój – żeby nie było tego parcia na moje życie prywatne.

Ale wiesz, że teraz sobie zaprzeczamy, mówiąc o tym w gazecie.

Nie szkodzi, jesteśmy po prostu niekonsekwentni. 

No dobrze, a trzecia rzecz?

Żebyśmy jak najdłużej byli razem. 

Wzruszyliśmy się oboje, koniec nagrań na dziś. 

Zamieńmy się – teraz ja będę dziennikarzem, a Ty będziesz gwiazdą.

Dobrze.

Jak znosisz to, że z miłej, skromnej osoby pracującej w środowiskowym piśmie stałaś się sensacją na ulicy. Jak się czujesz w tej transformacji?

Teraz jest mi już łatwiej, nauczyłam się nie przejmować, ale na przykład nie ufam ludziom tak, jak kiedyś, wielu rzeczy nie mówię. Zresztą osoby, które spotykam w sklepie czy w teatrze, są zwykle delikatne i przychylne, chcą chwilę porozmawiać, zapytać o jakąś drobnostkę.

Na przykład?

Jak do mnie mówisz w domu.

I co odpowiadasz?

Żonko.

Żonko malutka.

Tak (śmiech).

A ostatnio Łysenko.

Bardzo to lubię. Andrzejku, dobrze mi się z Tobą rozmawia, ale wolę poprzednią konfigurację. Ja będę pytać, dobrze?

Proszę bardzo.  

Andrzej, czy miłość jest wtedy, kiedy nie możesz wytrzymać bez drugiego człowieka?

Wiesz, że nie wiadomo, kiedy jest miłość. Ona się składa z wielu rzeczy. Z tego, że mogę Ci różne rzeczy opowiadać i mam na to ochotę też. I że Ty mnie rozumiesz. To jest najważniejsze w ogóle.  

Andrzej, masz apetyt?

Ja nigdy nie mam apetytu.

To na jedzenie. A na życie?

A na życie tak, bo jest bardzo ciekawe i smaczne. Tylko trzeba umieć je jeść.

A ja mam apetyt i na to, i na to.

Ty jesteś w ogóle nadzwyczajna, bo w życiu nie widziałem kobiety, która by jadła tyle co Ty i była taka szczupła. Tadzio Konwicki powiedział kiedyś: „Nie żałuj pieniędzy na odżywianie żony”.

Tadzio ma inny gust.

Może, ale miał zabawną argumentację: „Łapicka musi być widoczna. Nie może być tak – zajechał pusty samochód i wysiadła z niego Łapicka”.

To o Leśmianie tak było.

Zajechała pusta dorożka i wysiadł z niej Leśmian.

Tak, to powiedział Franc Fiszer.

Bardzo mnie to rozbawiło.

Dawniej były inteligentne dowcipy. 

Andrzejku, czy czujesz się pisarzem?

Myślę, że każdy jest pisarzem, pisze swoje życie w jakiś sposób. Ja zrobiłem taki numer, że wymyśliłem sobie, że będę pisał felietony, czyli opisywał kawałki rzeczywistości, która mnie otacza, oraz te historie, które mam w pamięci. To się składa na moje życie. Uważny czytelnik dowie się o nim wszystkiego.

Powiedziałeś, że każdy pisze swoje życie – do jakiego gatunku zaliczyłbyś powieść swojego życia?

Na pewno najbliżej jej do komedii. Przecież całe życie jest komedią. Ktoś to wymyślił i to jest śmieszne.

A kto to wymyślił?

Wiesz, ja się nie wdaję w dyskusję. Musielibyśmy zawadzić o teologię, a nie jestem w tym mocny. 

Andrzeja ratuje dzwonek telefonu. Dzwoni moja mama, żeby powiedzieć, że właśnie skończyło się rozpoczęcie roku szkolnego – jest pedagogiem – i poprosić, żebyśmy przyjechali po ogórki małosolne, które ostatnio tak smakują Andrzejowi. Obiecujemy, że przyjedziemy jutro i wyłączamy dyktafon.

Opracowała ELŻBIETA PAWEŁEK  ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Jak poprawić relację w związku. 5 zasad, których powinnaś przestrzegać!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

W nowej VIVIE! seksowna Ewa Chodakowska o miłości, karierze i… planowaniu dziecka!