Z ARCHIWUM VIVY

Kora o domu na Roztoczu: „Przyciąganie tego miejsca jest silniejsze niż ta tęsknota”

Zobacz zdjęcia Kory i Kamila Sipowicza w ich domu na wsi!

Aleksandra Leszczyńska 28 lipca 2018 18:16

Przeprowadzka do domu w malowniczym Roztoczu, tuż przy parku narodowym, zmieniła życie Kory i jej męża. „Jesteśmy tacy trochę neopoganie, bo wsłuchujemy się w pierwotne żywioły”, powiedział Kamil Sipowicz w rozmowie z Beatą Nowicką. Tam udało im się w końcu zwolnić, skupić miłości i tworzeniu. Właśnie w tym magicznym, jak określa je para, miejscu powstała sesja Bartka Wieczorka do VIVY!. Przypominamy zdjęcia, ukazujące piękno natury i małżeńskiej miłości oraz fragmenty rozmowy z parą.

Co skłoniło Korę i Kamila Sipowicza do przeprowadzki na Roztocze?

– Wszyscy mnie ostrzegali, że Kora z Kamilem mieszkają na końcu świata. Ja mam wrażenie, że w raju.

Kora: (śmiech). Ludzie pytają mnie często: „No, jak to? Nie brak ci tego wszystkiego, co zostawiłaś za sobą? Ludzi, kipiącego życiem miasta…? A ja mam wrażenie, że mając dostęp do internetu, filmów, książek i ogromnej ilości czasu na twórczość, czuję się tutaj tak, jakbym była jednocześnie w Nowym Jorku, Paryżu, Rzymie. Wszystkich miastach, które kocham, łącznie z Warszawą i Krakowem, które też kocham. Tęsknię, ale z kolei przyciąganie tego miejsca jest silniejsze niż ta tęsknota. Jeśli nie muszę, do miasta nie jeżdżę. Żadnego. Czasami tylko do Zamościa, to jest teraz nasza stolica.

Kamil Sipowicz: To miejsce ma magnetyczne przyciąganie i pewien paradoks polega na tym, że głównie wiedzieli o tym Niemcy w czasie II wojny światowej. Himmler zaczął wysiedlenie Polaków, ponieważ ziemie na Roztoczu, Zamojszczyźnie przeznaczył w prezencie dla swoich najlepszych oprawców. Miał zainteresowania ezoteryczne i wiedział, że jest tu bardzo dobre promieniowanie do życia, przyroda, nasłonecznienie. Zamość nazwano Himmlerstadt, tu miało być centrum Europy niemieckiej. Kora się tu wspaniale czuje, bo do Lwowa, skąd pochodzi jej rodzina, o rzut beretem.

Kora: Tu jest jasna energia. Ten dom budzi się bardzo wcześnie… Lepiej, żeby Kamil opowiedział, bo jak ja powiem, nikt nie uwierzy.

Kamil Sipowicz: Przez długi czas Kora wstawała o godzinie czwartej. Byłem tym trochę przerażony. Nasz dom ma kształt litery L. Nowa część to przeniesiona ze wsi Bliżów stara stodoła przerobiona na dom, a stara część to wyremontowana tutejsza chałupa z oborą, gdzie zachował się zapiecek, na którym wiejskie babcie kiedyś się wygrzewały. Od kiedy Kora przeniosła się ze swojej sypialni na piętrze do starej chałupy w przyziemiu, śpi do siódmej (śmiech).

Kora: Dziś obudziłam się o piątej, bo tutaj rytm życia jest też związany z pogodą. Zresztą jak nie wstanę rano, to brakuje mi tych godzin. Ogarniam dom, zwierzęta, gaszę światła wokół domu, krzątam się wokół siebie, co zajmuje mi dużo czasu. Wszystko toczy się wolno. Żaden pośpiech nie jest wskazany. Bardzo lubię mieć ten czas dla siebie, bo jak Kamil śpi, to jakby dzieci w domu spały, panuje cudowna cisza. Kiedy wstaje, dom zaczyna inaczej energetyzować, przygotowuje śniadanie, robi to, tamto, siamto… Dnia za mało, żeby ogarnąć cały ten świat, który tutaj mamy.

– Powiedziała Pani, że na Roztoczu ma Pani dużo czasu na twórczość.

Kora: Maluję, robię różne rzeczy manualne, lubię to bardzo. To jest dla mnie ogromne nowe wyzwanie. Od wczoraj czytam książkę Kamila de facto po raz pierwszy, bo wcześniej tylko ją przerzucałam. Przygotowuję się do nagrania tej książki, więc muszę ją najpierw linearnie poznać, przeczytać kilka razy na głos… Zależy mi, żeby nagranie świetnie wypadło, zaczynam nad tym pracować.

– W tym raju chętnie chodzicie na wycieczki. Oto jak opisał Pan obowiązującą na nich hierarchię: „Wśród zwierząt stado prowadzi Mila. Ona jest zawsze przewodnikiem. Za nią Pikuś, a na końcu Ramona. Ludzkiemu stadu przewodzi Ola. Za nią Krakers i ja”. Krakers to sąsiad.

Kora: (śmiech). Stado naszych alpak prowadzi Amy.

Kamil Sipowicz: To nowy nabytek. Przybyły do nas 6 lutego, na rocznicę naszego związku. Prezent. 6 lutego 1975 roku nastąpiło poznanie trzeciego stopnia, wybuch gejzeru (śmiech).

Kora: Pewnego dnia odwiedziła nas nasza sąsiadka Iwonka, również bohaterka książki. Ponieważ ona lubi marzyć, mówi tak: „Ach, ach, wiesz, o czym marzę? Tak bym chciała mieć alpaki”. „Alpaki?”, ja na to. Ponieważ mamy kilka hektarów ogrodzonych łąk i sadów, Kamil od razu zajrzał do internetu, znalazł renomowaną hodowlę na Podlasiu, zadzwonił, ja przejęłam telefon, porozmawiałam z panem. To był piątek. W sobotę po południu przyjechał z Podlasia, pokonał 300 kilometrów, przywiózł siedem alpak do wyboru, wypuściliśmy je wszystkie, chodziły tu sobie radośnie, a my wybraliśmy trzy: czarną Amy, brązową z białą twarzą Gagę i najmniejszą koloru ecru – Lilly. Teraz wszędzie stawiamy płoty, bo alpaki są strasznie ciekawskie i zjadły cały ogród (śmiech).

Kamil Sipowicz: Na razie dopełniają krajobraz. Jest z nimi zupełnie inny kontakt niż z psami czy kotami. One się nam przyglądają, a my im. Jeszcze nie chcą, żeby je głaskać. Dzikuski z bardzo dużego stada. Powoli się oswajają. Lubią, jak chodzimy na spacery, widać, że jest to zwierzę stadne. Orbitują, chodzą, gdzie chcą, mamy tu kilka ogrodzonych hektarów.

Kora o książce Kamila Sipowicza Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt

– Podoba się Pani książka?

Kora: Mój mąż użył w niej takich słów, że ja podejrzewam, że on mnie w ogóle nie kocha (śmiech). To są cudowne sformułowania z języka poetyckiego, filozoficznego, bo Kamil świetnie się w tych obszarach porusza. Kamil jest człowiekiem bardzo naturalnym, a jednocześnie bardzo wykształconym. Ma serce po właściwej stronie, dzięki temu nie ma między nami konfliktów, choć… gdyby mógł, pozwoliłby, żeby wszystkie psy mieszkały z nami w domu, a jest to o tyle trudne, że one są czasami nieprawdopodobnie brudne, o czym nie wiedzą. Utaplane w błocie na drodze, która w deszczu jest nieprzejezdna dla samochodów.

– Pani ulubiony fragment z książki?

Kora: „Gdy oglądamy razem jakiś film, to trzy koty leżą na Oli, pośrodku łóżka Ramona, a Mila na podłodze, między poręczą schodów a ramą łóżka. Rusz się zatem, człowieku, aby ta misterna konstrukcja ludzko-zwierzęca się nie rozpadła. Chciałoby się zejść na dół po coś słodkiego albo po zimne czeskie piwo z lodówki. Ale nie ruszamy się, bo to przecież wielki zaszczyt być tak zwierzęco obłożonym”. Często leżymy tak obok siebie, struchlali, żeby tylko zwierzętom nie zrobić przykrości. W końcu ja dostaję białej gorączki, że tak nie może być (śmiech). Ale zawsze mija dużo czasu. Wtedy podnosimy się każde z osobna (Bobo, Kuki, Rudzik, Ramona), delikatnie jak monstrancję, z wielkimi przeprosinami, że naruszyliśmy ich błogi spokój.

Kora: Teraz leczy mnie też Roztocze. Dla miejscowych często to jest niepojęte, że ktoś nie chce blichtru wielkiego świata, do którego oni wszyscy tęsknią, zmierzają. Ludzie z naszej okolicy często mają wykształcone dzieci, które nie chcą tu wrócić. Pewnie nas też by tu nie było, gdyby nie sytuacja, która jest, jaka jest. Jednak dokonałam pewnego wyboru. Mogłabym dochodzić do zdrowia w Warszawie i wrócić do pracy koncertowej, bo o to głównie chodzi. Ale nie wiadomo, czy byłabym w stanie udźwignąć taki wysiłek. Może byłby skazany na straty? Ja żyję z pewnym wyrokiem. Zrobię próby, poświęcę temu pół roku, wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, po czym nagle okaże się, że mój stan się pogorszył, muszę wziąć chemię i co wtedy?

– Myśli Pani o tym czasami?

Kora: Oczywiście, że myślę. I racjonalnie do tego podchodzę. A z drugiej strony wiem, dlaczego dokonałam takiego wyboru. Przede wszystkim znajduję ukojenie w sztuce, a po drugie, magia tego miejsca jest niezwykła. Po raz pierwszy w życiu odebrałam dobrze zimę. Zawsze marzyłam o tym, że kiedyś obudzę się i zima przestanie istnieć. Tu jest mikroklimat, jakby ciągle było święto natury. Cały czas jest krystalicznie czysto. Dlatego wyostrzył mi się tu apetyt. Wielu rzeczy, które kiedyś jadłam, nie jem. Wszystko, co ma w sobie chemiczną truciznę, wyczuwam natychmiast. Jak jaszczurka wysuwam jęzor i wiem, czego nie tykać (śmiech).

Kamil Sipowicz: Ja jestem mniej wrażliwy. Zjem wszystko.

– Kto częściej wyjeżdża z raju do Warszawy?

Kamil Sipowicz: Ja. I za każdym razem, jak tam jadę na trzy–cztery dni, a ostatnio byłem tylko jeden dzień, to jak tutaj wróciłem, wydawało mi się, że byłem w Warszawie tydzień albo dwa. Tak radykalna jest różnica rzeczywistości. W mieście rzeczywistość jest zagęszczona, tym bardziej że jak jadę na krótko, muszę wiele rzeczy pozałatwiać. To świadczy całkowicie o względności czasu. Tu biegnie inaczej niż tam. Nie wiem, czym jest czas, ale na pewno nie jest tworzywem jednorodnym. Jeśli w ogóle istnieje, ale to już jest inna kwestia.

– Lepiej się Pan czuje w tym czasie tu czy w tym czasie tam?

Kamil Sipowicz: Jedno i drugie jest interesujące. Nie chciałbym być skazany na jedno miejsce. Ale na szczęście cywilizacja pozwala nam żyć i tu, i tam. Mamy autostrady, komunikację, internet, służbę zdrowia w całym kraju, która nie jest doskonała, ale można się na niej oprzeć i przeżyć dzięki niej. Wszędzie są apteki, lekarze, szpitale. W naszym wypadku to jest szalenie ważne. Jest też pogotowie, które już raz jadąc do nas, zabłądziło, ale teraz wiedzą, jak dojechać. Odpukać. Podróżowanie pomiędzy tymi dwoma światami jest inspirujące. Ale myślę, że tu jest po prostu wspaniałe życie.

– O czym Pan marzy tu, na tym pięknym odludziu?

Kamil Sipowicz: Marzenia oczywiście odnoszą się do Kory. Marzę o tym, żeby była zdrowa i żeby choroba nie wróciła. Ta choroba ma symboliczną nazwę i wolałbym, żeby w tym wypadku się powstrzymała.

Kora zmarła w sobotę, 28 lipca 2018 roku.

Zobacz zdjęcia Kory i Kamila zrobione na ich ukochanym Roztoczu.  ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dorota Wellman w naprawdę mocnej rozmowie z Aleksandrą Kwaśniewską!