TYLKO U NAS

Sam nie miał szczęśliwego dzieciństwa... Jakim ojcem jest Peja?

„Uczłowieczam się. To głównie zasługa mojej rodziny”

Olga Figaszewska 24 sierpnia 2018 08:56
Peja, Ryszard Andrzejewski, VIVA! 17/2018, jamnik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Z rozbrajającą szczerością wyznaje, że obracał się w nieciekawym towarzystwie, miał nieciekawe życie.  „Wszystko, o czym rapowałem, było tak na serio, że aż waliło w mordę. Ludzie często się tego bali. Mówili: »Rynsztok, szambo! Co to za świat? Takiego życia nie ma«. Otóż jest!”, zaznacza Peja. Dobrze pamięta, ile potrafił sobie wyrządzić złego. Jego rówieśnicy staczali się, zaliczali domy poprawcze, trafiali do zakładów karnych. Dziś jedni nie żyją, inni jeżdżą na wózkach. Peja miał instynkt przetrwania. Chciał przeżyć i zmienić swoją rzeczywistość. Nie jest już tym samym kolesiem. Ucieka od wizerunku wypracowanego za młodu. Mocno sobie kibicuje. Teraz jest bardziej wrażliwy. Mówi, że zmienił swoją rzeczywistość. Wszystko to zasługa jego najbliższych - żony i dzieci.  Jakim jest ojcem? Skąd czerpie wzorce wychowawcze? Ryszard „Peja” Andrzejewski na wszystkie pytania odpowiedział w rozmowie z Olą Kwaśniewską.

Zmiana statusu społecznego pociągnęła za sobą zmianę systemu wartości?

(...) Na początku wszystkie pieniądze z rapu inwestowałem w długi moich rodziców, żeby nie zostać eksmitowany ze starej kamienicy na ulicy Staszica. To trwało trzy lata, a właściciele i tak mnie stamtąd usunęli. Wtedy zdecydowałem, że nie będę inwestował w mieszkanie. Wynająłem kawalerkę i zacząłem inwestować w siebie – kupować ciuchy, imprezować, jeść w dobrych restauracjach. Rekompensowałem sobie wszelkie straty i braki. Zacząłem też kupować coraz droższe alkohole, kokainę.

Trwało to jakiś czas, zanim doszedłem do wniosku, że wszystko, czego chciałem, to robić muzykę, coś osiągnąć. To też było wołanie: nie jestem małym, biednym dzieciakiem! Wiedziałem, że zostałem spisany na straty, ale powiedziałem sobie, że ja tak nie skończę. Zbyt wielu rówieśników widziałem, jak się staczali, zaliczali domy poprawcze i zakłady karne. Dzisiaj jedni już nie żyją, inni jeżdżą na wózkach. Ja miałem instynkt przetrwania. Chciałem przeżyć i zmienić swoją rzeczywistość.

I się udało.

I ja z tego dna ekonomicznego wskoczyłem na szczyt, żeby z powrotem wrócić na dno. Pozbawić się osobowości i duszy, obedrzeć się ze wszystkiego przez sześcioletni balet. To była kulminacja, gdzie moje słabostki wyszły na zewnątrz. Bo ja jako mały dzieciak funkcjonowałem jak dorosły, a w dorosłym świecie odezwał się ten dzieciak. Przytłoczyło mnie to, zacząłem tęsknić za rodzicami, nie wiedziałem, kto się ze mną przyjaźni szczerze, a kto interesownie. Było przy mnie mnóstwo ludzi i każdy czegoś ode mnie chciał. A ja starałem się każdemu zrobić dobrze. Szukałem akceptacji. Wyszła duża niedojrzałość, by nie powiedzieć naiwność. Często ze swoimi problemami zostajesz sam. Czy to wtedy, gdy nie miałem co jeść i gdzie spać, bo ojciec nie wpuszczał mnie do domu i zmuszony byłem spać na klatce, czy to będąc topowym artystą w pięciogwiazdkowym hotelu. Życie.

To drugie odbicie od dna było jeszcze trudniejsze niż pierwsze?

Myślę, że było mi to potrzebne, żebym się czegoś znów nauczył. Potrzebowałem do niego jeszcze więcej siły. Nie jestem osobą mocno wierzącą, ale to, że mi się udało, postrzegam w kategorii cudu. Bo ja sam siebie spisałem na straty, nazywając degrengoladę hedonizmem. A to było zezwierzęcenie. Byle zrobić sobie dobrze w każdy, najbardziej prymitywny sposób. Myślę też, że ktoś nade mną czuwa. Wierzę, że moim aniołem stróżem jest moja matka. To nie jest przypadek, że nie piję, że od nowa zdążyłem wszystko poukładać. To, że mam wspaniałą żonę, zdrowe dzieci i sam jestem zdrowy. Miałem dużo szczęścia. Za dużo czasu straciłem na gorzałę, na bylejakość. Nie wiem, ile pożyję, ale ważne, żeby w momencie pożegnania być trzeźwym. Żeby moje dzieci powiedziały: „Jesteś fantastycznym gościem. Miałeś ciekawe życie, wiemy co nieco, ale to, w jaki sposób nas wychowałeś i jak do tego doszedłeś, budzi nasz szacunek”.

Skąd Ty, mając takie, a nie inne wzorce, czerpiesz wiedzę, jak być dobrym ojcem?

Na pewno jestem osobą bardzo wrażliwą, ponieważ takie się uzależniają. Na pewno też mam balans w postaci żony, która jest z innego świata. Ona mi tłumaczy jak małemu dziecku: „Nie możesz tak powiedzieć, jesteś za szorstki”. Ogólnie nie uchodzę ponoć za ciepłego człowieka, ale jeśli chodzi o dzieci, to działam instynktownie. Uważam się za dobrego, opiekuńczego i sprawiedliwego ojca. Staram się zapewnić dzieciom nie tylko komfort materialny, ale przede wszystkim psychiczny. I gdy obserwuję, jak wzrastają w ciepłym domu i spoko atmosferze, dociera do mnie, że osiągnąłem sukces. Poświęcam dzieciom naprawdę bardzo dużo czasu. Jeżeli to spowoduje, że przestanę grać i na jakiś czas wypadnę z obiegu, to trudno. Bo skoro trzeźwieję po to, żeby widzieć, jak dorastają, to nie żeby teraz komunikować się z nimi przez FaceTime’a z trasy. Poświęcę im maksymalnie dużo czasu, rozmów, zabaw, miłości i ciepła. Nie miałem tego za wiele, ale wiem, jak to dawać.

Czy fakt, że jesteś ojcem, jakoś zmienił Twój stosunek do rodziców?

Tak, choć nadal jest ambiwalentny. Bardzo ich kocham, ale czasami mam do nich żal. Czasami ich obwiniam, że myśleli tylko o sobie. Ale też myślę, że zachorowali, i rozumiem to, bo choruję na to samo. Wybaczyłem im, bo nikt im nie pomógł. Sami też nie potrafili sobie pomóc. Mój żal po stracie już się przedawnił.

A w Tobie siedzi ta świadomość, że za chwilę będziesz w wieku, w którym żadnego z nich już nie było?

Mocno sobie kibicuję. Mój dziadek ze strony ojca zmarł w wieku 66 lat i też pił. W końcowej fazie już tylko denaturat. A geny dziedziczy się ponoć po dziadkach. Więc myślę sobie, że skoro mój dziadek przeżył wojnę, obóz pracy w Niemczech i pił od najmłodszych lat jakieś wynalazki typu paliwo lotnicze, a dożył tych 66 lat, to mam silne geny. Dobrze pamiętam, ile potrafiłem sobie wyrządzić złego i jak się po tym regenerowałem. Byłem naprawdę mocnym zawodnikiem. Gorzej z kacem psychicznym. Głównie z tego powodu rzuciłem używki. Jeśli przestajesz kierować swoim życiem z powodu alkoholu lub narkotyków, na końcu są tylko trzy drogi: psychiatryk, więzienie lub cmentarz.

Szczęśliwie udało mi się tego uniknąć. Paradoksalnie zacząłem się obawiać o życie i zdrowie dopiero, jak przestałem chlać. Wcześniej byłem niezniszczalny, tak mi się przynajmniej wydawało. Teraz jestem jakby bardziej wrażliwy. Pod każdym względem. Boli mnie robienie tatuaży, jakiś taki się zrobiłem miękki trochę (śmiech). Uczłowieczam się. To głównie zasługa mojej rodziny – żony i dzieci. I zmiany otoczenia. Poprawnych relacji z trzeźwo myślącymi ludźmi. Wiem, że trzeba żyć teraz i tutaj. Nie tym, co było wczoraj, i nie tym, co będzie jutro. Bo dzisiaj może zdarzyć się najfajniejszy moment twojego życia. Tego co wczoraj nie jesteś w stanie zmienić, a jutra możesz nie dożyć. Cała filozofia.

Cały wywiad z Ryszardem „Peją” Andrzejewskim w najnowszym numerze magazynu  VIVA!.  

okładka, Kasia Kowalska i Ola Kowalska, VIVA! 17/2018
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF Photo

Peja, Ryszard Andrzejewski, VIVA! 17/2018, jamnik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

TAGI #muzyka #Peja

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Anna Mucha w ostrej rozmowie z Piotrem Najsztubem! Zobacz też seksowną sesję aktorki!