TYLKO U NAS!

„Przyszedł na noc, został na zawsze. Staliśmy się nierozłączni”

Paulina Smaszcz-Kurzajewska o początku wielkiej miłości

Beata Nowicka 9 stycznia 2019 18:55
Paulina Smaszcz-Kurzajewska, Viva! 1/2019
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Kiedy zobaczyła Maćka Kurzajewskiego po raz pierwszy w życiu, pomyślała, że to fascynujący facet, ale oboje byli wtedy w innych związkach. Kiedy dojrzali do rozstania, to ona zadzwoniła pierwsza. Poznali się w styczniu, w marcu zadzwoniła, we wrześniu wzięli ślub. Owocem tej miłości jest dwóch wspaniałych synów: 21-letni Franek i 12-letni Julek. Poznaj ich niezwykłą historię miłości!

Poznanianki, podobno, są konserwatywne i wierne w związkach. Gdzie znalazłaś Maćka?

Paulina Smaszcz-Kurzajewska: Pracowaliśmy razem w telewizji, ale nie znaliśmy się. To było  kiedy Adam Małysz w Zakopanem odniósł swój pierwszy sukces. Maciej był reporterem, ja też tam byłam i przy jakiś okazji zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Pamiętam jak pomyślałam, że to fascynujący facet. Poszliśmy na pierwszą randkę pojeździć na łyżwach, wyobrażasz sobie coś takiego? Zakopane, noc, puste lodowisko i my dwoje. Ja miałam wtedy chłopaka- patafiana, Maciek dziewczynę, ale oboje dojrzewaliśmy do rozstania.

Po trzech miesiącach  - do tej pory śmiejemy się z tego – pierwsza do niego zadzwoniłam: „Może się spotkamy?”. Poszliśmy na jakiś film do kina Polonia. Po seansie mówię: „To chodź, trochę jeszcze posiedzimy u mnie”. Maciek wynajmował mieszkanie na Woli, ja na Ursynowie. „Nie mam potem jak stamtąd wrócić, nie będzie żadnego autobusu”. Ja na to: „No, ale kto powiedział, że musisz w nocy wracać…?” (śmiech). Przyszedł na noc, został na zawsze. Staliśmy się nierozłączni. Poznaliśmy się w styczniu, ja do niego zadzwoniłam w marcu, we wrześniu wzięliśmy ślub.

Powiedziałaś mi kiedyś, że nie wyobrażasz sobie bycia z kimś innym. I ja wiem, że to jest prawda.

Nie powinnam tak mówić, bo zaraz wyleje się na mnie wiadro hejtu, ale powiem oczywiście: mam naprawdę fantastycznego męża, ale ja też jestem boska. Uważam, że ja na tę miłość zasłużyłam. Poza tym nasz związek to bardzo ciężka praca. Cudowne jest to, że Maciek też jest z biednej rodziny, choć nie mieszkał w takich warunkach jak ja. Kiedy przyjechał do Poznania, nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Jego rodzice jednak mieli własne mieszkanie w Kaliszu, na ulicy Widok. My nie mieliśmy nic.

Z Maćkiem też wszystkiego dorabialiście się razem, ale to właśnie buduje bardzo silną więź.

Suknię ślubną wzięłam na raty. Nie było nas stać, żeby wejść do sklepu i ją kupić. Pierwsza ciąża z Frankiem była dla mnie bardzo ciężka, musiałam całą przeleżeć w domu, a końcówkę na patologii ciąży. Nie miałam pracy w telewizji, bo pewna wredna suka, która do tej pory nie ma dzieci i nigdy nie wyszła za mąż, kiedy zaszłam w ciąże po prostu wykreśliła mnie z grafiku. Nie miałam etatu w PZU, Maciek był początkującym dziennikarzem… byliśmy na zerze. Oczywiście rodzice pomagali nam jak mogli, ale nigdy im się nie przelewało. Staliśmy z Maćkiem przed dylematem jak kupować, żeby wystarczyło na moje leki, rachunki i na jedzenie. My w ogóle nie znamy życia pełnego balang, imprez, wakacji, wydawania pieniędzy. Największym naszym stresem było wzięcie kredytu na 30 lat.

Wiem coś o tym... Poza tym 30 lat dla młodego człowieka, to wieczność.

Maciek bardzo ciężko pracował, ja też i za cenę ogromnych wyrzeczeń, udało nam się spłacić ten kredyt wcześniej. To tylko moja opinia, ale nie rozumiem młodych ludzi, którzy zasuwają w korporacji i biorą ogromne kredyty po to, żeby kupić wielkie domy, luksusowe samochody i wyjechać na wakacje za bajońskie kwoty. Żyją ponad stan, a kiedy nagle, z różnych przyczyn, kończy się praca w korporacji zaczyna się dramat. Ludzie toną w niespłacalnych długach, małżeństwa się rozpadają. Niedawno mąż mojej koleżanki popełnił samobójstwo. Została sama z żalem po jego śmierci, dziećmi i… długami. No, koszmar. Ludzi niszczy brak racjonalnego myślenia. Ale z drugiej strony nie raz słyszałam pod naszym adresem: „Ale kretyni, nie zwiedzali świata, nie chodzili do klubów, nie imprezowali, nie korzystali z życia”.  Owszem, nie byłam nigdy na Bali, Malediwach czy Dominikanie, nie chodziłam do modnych klubów. Uwielbiam posiedzieć z książką na swoim tarasie, jeżdżę starym samochodem. Nie mam ambicji materialnych. Ale wiesz co mam? Mam świetną rodzinę, cudownego męża i dzieci.

Twoje dzieci, w porównaniu z Twoim dzieciństwem mają wszystko podane na tacy. Myślisz o tym czasami?

Zawsze mówię do Franka - bo Julek ma dopiero 12 lat - „Franek, dostałeś wszystkie narzędzia, żeby łowić ryby. Ile ich złowisz i jakie, twoja sprawa, bo jesteś już dorosły. Chcesz mieszkać w igloo na Antarktydzie, proszę bardzo. Chcesz jechać do chaty masajskiej z krowiego gówna – człowieku, jedź. Masz paszport w szufladzie. To twój wybór. Ja ciebie zawsze i wszędzie będę wspierać”. Pamiętam jak Franek się buntował kiedy w liceum uczyłam go prać, prasować, włączać zmywarkę, sprzątać, wysłałam na kurs gotowania, na kurs barmański. „Słuchaj – tłumaczyłam -  nie zginiesz z głodu i zawsze będziesz mógł dorobić, barmani są potrzebni wszędzie. Ucz się języków, bo to otwiera drzwi na cały świat”. Jest szalenie samodzielny, umie gotować, zna pięć języków, może pracować gdzie chce.

I wierzy w siebie. My taką wiarą budowałyśmy przez lata.

Zawsze myślałam: jak chcesz na kogoś liczyć, licz na siebie. Mój mąż czasami mówi: „Do cholery, dlaczego bierzesz wszystko na klatę? Poproś o pomoc, odpuść”. Nie potrafiłam. Teraz piszę doktorat o kobietach w połowie życia. Z wywiadów, które przeprowadzam do swojej pracy, wiem, że cholernie brakuje nam poczucia bezpieczeństwa, wiary w siebie, wsparcia partnera, rodziny i państwa oraz  umiejętności odpuszczania. Wszystko bierzemy na bary, bo jesteśmy z pokolenia „gniotsa, nie łamiotsa”. Padniesz, umrzesz, ale dasz radę. Dlatego cieszę się, że nasze dzieci potrafią być szczęśliwe. Zresztą uczę moich synów: „Wytarzaj się we własnych sukcesach. Naciesz się tym”. My sukces omawiamy pięć minut, ale porażkę pięćdziesiąt dni. Nawet nie potrafimy cieszyć się, że nam zupa wyszła, że pies na nasz widok merda ogonem, że ktoś nam powiedział komplement. Nasze dzieci to potrafią i ja im tego zazdroszczą.

Cały wywiad w najnowszym wydaniu VIVY! w kioskach już od czwartku, 10 stycznia.

Co jeszcze w nowej VIVIE! 1/2019?

Julia Wieniawa o dorastaniu w świetle fleszy, trudnych wyborach i drodze do sukcesu. Wyznania mistrza Janusza Józefowicza: "Za moją karierę płacili bliscy". Paulina Smaszcz-Kurzajewska o chorobie, miłości i pomaganiu. Artystka, skandalistka, feministka. Z czego śmieje się Amy Schumer?

Julia Wieniawa, Viva! 1/2019 OKŁADKA
Fot. Marcin Kempski/I LIKE PHOTO

Paulina Smaszcz-Kurzajewska, Viva! 1/2019
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Fot. East News

Maciej Kurzajewski, Paulina Smaszcz-Kurzajewska pozują do zdjęć na czerwonym dywanie
Fot. ONS

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Narodziny gwiazdy, czyli Julia Wieniawa o trudnych wyborach i drodze do sukcesu. Plus Wielki Horoskop na 2019 rok!