TYLKO U NAS

Michał Czernecki rozlicza się z trudną przeszłością... „U mnie w domu o emocjach się nie mówiło”

„Potrzebowałem powiedzieć o tym głośno, żeby nikt nie podważył, że to się wydarzyło”

Weronika Kostyra 12 września 2018 17:57
Michał Czernecki
Fot. fot. Piotr Blawicki /DDTVN/ East News

Fani znają go z dziesiątek ról, ale on nigdy nie stał się celebrytą. Chroni prywatność i nie zdecydował się, jak wiele gwiazd, na przeprowadzkę do Warszawy. Dzięki temu w Będzinie, gdzie mieszka z rodziną, może być sobą. Gra w popularnych produkcjach takich jak: Diagnoza, Leśniczówka, Wojenne dziewczyny czy satyryczne Ucho prezesa i może przebierać w propozycjach. Nie zawsze jednak w jego życiu i karierze było tak dobrze. Jakiś czas temu w mediach pojawiła się sensacyjna wiadomość  – w przeszłości aktor próbował popełnić samobójstwo. Nie planował ujawniać tej informacji w ten sposób. Niedawno skończył 40 lat i aby we własnych słowach rozliczyć się przeszłością, wydaje książkę Wybrałem życie. W szczerej rozmowie z Weroniką Kostyrą opowiedział o początkach kariery, wsparciu kochającej rodziny i o nauce podejmowania życiowych wyborów.

– Mimo wielu ról na pana koncie, tak naprawdę jest pan dość tajemniczy. Nie jest pan częścią świata celebrytów, nie jest pan bohaterem skandali, chociaż dzięki rolom w popularnym produkcjom jest pan znany i rozpoznawany. Czy to świadoma strategia i decyzja?

To nie jest przypadek. Był czas w moim życiu, kiedy sam zabiegałem o taki rodzaj zainteresowania. Byłby mi on wtedy bardzo na rękę, bo pracy nie było pod dostatkiem tak jak teraz. Wtedy jednak show-biznes jakoś niespecjalnie mnie u siebie chciał. Teraz chcę wierzyć, że obecność w show-biznesowym obiegu to jest warunek pomocny, ale nie konieczny, żeby w moim zawodzie funkcjonować z sukcesami. Na razie wydaje mi się, że to założenie się sprawdza. Na dzień dzisiejszy jestem zadowolony z miejsca, w którym jestem.

– A wszystko dzięki aktorstwu. Kiedy zdecydował się pan na ten zawód?

Mnie nie był on potrzebny do tego, o co pani zapytała na początku. Zdecydowałem się na szkołę aktorską, nie wiedząc prawie nic o teatrze. Za pierwszym razem, kiedy zamierzałem podejść do egzaminów, byłem całkowicie zielony. Przez pół roku przygotowywałem się do zdawania na PWST w Krakowie i byłem w całkiem dobrej formie, ale ostatecznie w ogóle nie pojechałem na egzamin. Po prostu się przestraszyłem. Potem, żeby robić cokolwiek, na rok poszedłem na zaoczne kulturoznawstwo. Dzięki temu moja wiedza na temat teatru i filmu nie była może imponująca, ale znacznie lepsza od tej, którą miałem rok wcześniej.

Nie byłem wtedy, zresztą i dziś nie jestem  wysmakowanym widzem teatralnym. Do teatru chodziłem rzadko, albo wcale. Pasjami oglądałem filmy, niektóre znałem wręcz na pamięć, bo była to złota era wypożyczalni wideo. Nie wiedziałem jednak w ogóle, na czym zawód aktora może polegać. Czułem intuicyjnie, że szkoła teatralna może mi pomóc rozeznać się w swoich własnych emocjach. Potrzebowałem nauczyć się je nazywać i wyrażać, bo byłem chłopcem, który przeraźliwie wręcz słabo orientował się w swoich uczuciach. Potrafiłem tylko powiedzieć, że czuję się dobrze albo źle. Niuanse emocjonalne były dla mnie zupełnie niedostępne.

– Od tamtej pory minęło trochę czasu, a ostatnio nastąpił pewien przełom w pana karierze. Zaczął pan częściej występować w produkcjach rozrywkowych i telewizyjnych. Co za tym stoi?

Określiłem sam dla siebie ten czas w moim życiu, który się właśnie zaczyna, jako dziesięciolecie zarabiania pieniędzy. Czas gromadzenia energii, której przejawem są między innymi właśnie pieniądze. Po jakimś czasie od momentu kiedy sobie powyższe zamierzyłem, przyszło do mnie bardzo dużo zawodowych propozycji i to w krótkim czasie. Nie wszystkie jednak prócz pieniędzy przynosiły satysfakcję by tak rzec zawodową. Do tej pory bardzo rzadko mogłem wybierać propozycje pod względem jakościowym. Traktowałem je raczej jako źródło utrzymania. Lepiej lub gorzej płatne. Teraz jest taki czas, że nie muszę tego robić i bardzo się z tego cieszę. Mogę po prostu zrezygnować z projektów, które mnie nie satysfakcjonują. Jest ich na tyle dużo, że mogę bez lęku niektóre sobie odpuszczać.

– Zaczął pan prowadzić nawet profil na Instagramie…

To jest moja zmora, bo jednak jestem trochę analogowy. Bardziej niż nawet może bym być chciał. To jest okazuje się nie bez znaczenia, że się ma końcówkę „78” w dacie urodzenia. Chciałbym znaleźć jakąś własną receptę na prowadzenie tego profilu, bo na to, z czym spotykam się do tej pory na profilach które obserwuję, szkoda mi czasu i życia. Dla mnie nagranie i opublikowanie jakiegoś filmiku wiąże się z pewną odpowiedzialnością. Zobaczy to ileś ludzi, zatem post powinien mieć określoną jakość i treść. Natomiast na Instagramie treść nie zawsze jest najważniejszym kryterium i jest mi trudno się z tym pogodzić. Chciałbym identyfikować się z moim profilem w pełni i nie robić czegoś przeciwko sobie. Może jestem jako aktor osobą trochę egocentryczną i próżną, ale chyba nie aż tak, żebym uważał, że wszystko, co publikuję, jest warte czyjejś uwagi . Prawdziwe spotkanie oko w oko waży dla mnie więcej i ma znaczenie. Cos po nim zostaje. W głowie, w sercu. Rodzaj pseudo-zainteresowania, jaki dają social media, jest na rękę chyba tylko producentom urządzeń elektronicznych i właścicielom portali.

– Social media i gra w serialach wpłynęła na pana życie? Jest pan częściej rozpoznawany?

Mieszkam w małym mieście, jakim jest Będzin. Spotkanie oko w oko z osobą „z telewizora”  dla Będzinian jest myślę bardziej niecodziennym zjawiskiem niż dla np. Warszawiaków. Mam to szczęście, że gram raczej postaci sympatyczne, zabawne, więc reakcja ludzka też z reguły jest pozytywna. Ludzie na ogół się do mnie uśmiechają, albo mówią coś miłego. Gorzej na pewno mają koledzy, którzy grają czarne charaktery. Mnie to wychodzi na dobre, że ludziom się zaciera granica pomiędzy mną a doktorem Sadzikiem z Diagnozy czy prezesem Jackiem, a mną. Ja mam do tego dystans. Dla mnie rozpoznawalność jest efektem ubocznym mojej pracy. Czasami bywa to kłopotliwe. Kiedy jestem na spacerze z dziećmi, daję sobie prawo do tego, że nie wyglądam specjalnie wyjściowo. Jestem zwyczajnym człowiekiem. Na szczęście nie jestem narażony na niebezpieczeństwo ciągłego fotografowania. Nikt nie będzie się do mnie fatygował. Poza tym moje życie nie jest sensacyjne ani skandalizujące.

– Często jest pan jednak daleko od rodziny ze względu na pracę. Jak to wpływało na relacje z bliskimi?

Zmęczenie tą sytuacją pojawia się wtedy, kiedy zaburzają się proporcje. Kiedy pracy i podróży jest więcej niż czasu w domu. Często tak to niestety wygląda. Wtedy ciężar staje się nie do zniesienia dla nas wszystkich, bo moi chłopcy są już w wieku, kiedy potrzebują bardziej mnie niż mojej żony. Mają 14 i 12 lat i woła ich męski świat. Staram się to dostrzegać i reagować. Ograniczyłem teraz liczbę propozycji zawodowych i mogę spędzić w domu parę dni więcej. Dla mnie zawsze nie ilość, a jakość czasu spędzanego razem się liczy. Wykonuję taki zawód i nie będę wykonywał innego. On daje nam wszystkim pieniądze a mnie spełnienie i satysfakcję. Czasami łatwiej jest się nam z tym pogodzić, a czasami trudniej.

Jeżeli chodzi o podróże, na razie nie może być inaczej. Niedługo nasi chłopcy będą w wieku, kiedy będą musieli zdecydować, czy zostają tam, gdzie mieszkamy, czy wyjadą z domu. Wtedy pewnie zmieni się sytuacja i podejmiemy jakąś decyzję. Moja żona też pracuje, też często nie ma jej w domu. Tak naprawdę miejsce, które wybierzemy do życia, wcale nie spowoduje, że będziemy więcej razem. Moja żona mówi nawet: „Przeprowadzimy się do Warszawy, a nie ma gwarancji, że nie dostaniesz pracy we Wrocławiu”. Ostatnio poczułem się pewniej i mogę podejmować takie decyzje, żeby ograniczyć ilość pracy. To wszystkim nam wychodzi na dobre.

–  W wynikach wyszukiwania Google na pierwszym miejscu w pana przypadku jest hasło „Michał Czernecki żona”. Często podkreśla pan, że wiele jej zawdzięcza. Jak się państwo poznali? Czy kryje się za tym jakaś romantyczna historia?

Bardzo romantyczna. Za pierwszym razem ostatecznie nie zdawałem do szkoły teatralnej, ponieważ się przestraszyłem. Został mi do zagospodarowania rok, z którym nie wiedziałem co zrobić. Miałem kategorię D, więc wiedziałem, że nie wezmą mnie do poborowego wojska. Złożyłem dokumenty na kulturoznawstwo, zdałem egzaminy i czekałem na wyniki. Jako zabezpieczenie złożyłem też papiery do Policealnej Szkoły Pracowników Służb Społecznych w Katowicach. Byłem tam miesiąc i okazało się, że tylko po to, żeby poznać moją żonę.

Poznaliśmy się w ten sposób, że umówiliśmy się na szkolny wyjazd. Zgłosiło się około dziesięciu osób, ale rano na dworcu była tylko ona. Zastanawialiśmy się, czy pojechać, czy nie. Ostatecznie pojechaliśmy. Rozmawialiśmy całą drogę. Potem wysiedliśmy w Węgierskiej Górce i zaprosiłem ją na kawę. Chciałem zapłacić i wtedy sobie uświadomiłem, że nie mam portfela – został w pociągu. Zacząłem (jak to ja) panikować, ona (jak to ona) nie panikowała i stwierdziła, że musimy ten pociąg dogonić. Jechaliśmy trzema autostopami, ale kiedy dojechaliśmy na miejsce portfela już nie było. Wróciliśmy za jej pieniądze.

Tydzień później pojechałem złożyć wniosek o nowy (poprzedni zaginął wraz z portfelem) dowód osobisty. Wsiadłem do autobusu 815 na sosnowieckiej Patelni. W śród dzikiego tłoku moje oczy spotkały się ze wzrokiem jakiegoś faceta. Wydawało mi się, że skądś go znam. On rozpromienił się jak mnie zobaczył i zaczął się do mnie przepychać. Podszedł do mnie i mówi: „O, dobrze, że pana widzę, mam pański portfel. Byłem u pana w domu, ale nie chciałem zostawiać, bo skrzynkę macie państwo zepsutą”. Jechał z nami w przedziale tydzień wcześniej…

To było zupełnie nieprawdopodobne. Ale poczułem, że to znak i co by nie mówić nietuzinkowy początek znajomości. Potem takich historii zdarzało nam się i zdarza nadal- więcej. To było i jest jak konfrontacja z jakąś tyleż potężną co tajemniczą siłą, która prowadzi nas przez życie. Pomyślałem, że tak miało być. Zakochaliśmy się w sobie po uszy. A to był tylko mały znak, który zapowiadał nasze dość osobliwe wspólne życie.

– Mają państwo już długi staż związku. Jaka jest tajemnica udanej relacji?

My nie mamy takiej recepty. Trzeba się komunikować, rozmawiać ze sobą. Ważne jest u nas poczucie humoru. Bez tego nie przeszlibyśmy przez różne górki i dołki. Jednym z największych afrodyzjaków, jest właśnie jej poczucie humoru. Nasze ciała prędzej czy później zwiędną, a ono się nie zestarzeje. Moja żona jest też bardzo uważnym i cierpliwym człowiekiem. Staram się jej sekundować i odpowiadać tym samym. Nie zawsze to wychodzi, ale zawsze dbamy, żeby być w dobrej komunikacji, bo wspólnie można przejść przez wszystko. Jesteśmy w kontakcie ze swoimi emocjami. U mnie nie zawsze było o to łatwo. Musiałem się tego nauczyć i nadal muszę mocno o to dbać. Mam wyuczoną z domu rodzinnego tendencję, żeby się oddzielać od swoich emocji.

Kiedyś usłyszałem w radio taką myśl: miłość tym różni się od zakochania, że można ją zobaczyć i stwierdzić dopiero po czasie. Zakochanie jest stanem nagłym i za przeproszeniem bardziej biochemicznym. Zakładamy różowe okulary, unosimy się nad ziemią i to trwa jakiś skończony czas. Miłość to ciąg wyborów, które podjęliśmy. Dopiero na koniec możemy ocenić, że kogoś kochaliśmy. Z takiej perspektywy wygląda na to, że bardzo kocham moją żonę.

– To bardzo dobry czas w pana karierze. Otwarcie mówi pan jednak, że nie zawsze tak było. Ujawnił pan, że ma za sobą próby samobójcze. To wymaga dużej odwagi…

Po to napisaliśmy z Moniką Sobień Wybrałem życie, żeby ostatecznie dać odpowiedź na pytanie, dlaczego to się stało. W tym momencie mojego życia potrzebne mi było podsumowanie tych  czterdziestu lat i oddzielenie tego, co w nich ważne od tego, co trzeba bez żalu zostawić za sobą. Pomyślałem, że warto zebrać te historie w jednym miejscu i rozliczyć się z nimi. Książka powstała z potrzeby serca, bo pomysł na nią był we mnie od wielu lat.

U mnie w domu o emocjach się nie mówiło. Potrzebowałem powiedzieć głośno o swoich doświadczeniach, żeby nikt już nigdy nie mógł podważyć, że to się wszystko wydarzyło. Żebym miał pewność, że ta wersja zdarzeń, która będzie powtarzana i cytowana, to moja i tylko moja wersja.  Poza tym mam nadzieję, że osoby, które przeczytają książkę, być może zyskają odwagę, żeby mówić o trudnych rzeczach, które ich spotkały. Nie schowają swoich zranień w środku na wieczne niepoznanie.

Nie jest tak, że świat to wieczne pasmo sukcesów, samozadowolenia i efektownych wzlotów. Teraz bardzo często młodzi ludzie widzą jedynie cel, jaki ktoś osiągnął. Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, jaką drogę ten ktoś musiał przejść, żeby do tego miejsca dojść. Żeby mieć muskularne ciało, trzeba zrobić milion pompek.

Chciałem pokazać, że nie zawsze byłem taki, jaki jestem teraz. Mnie też do tego zaprowadziła pewna droga, która nie zawsze była jasna i szeroka. Moje życie nie wydaje mi się specjalnie wyjątkowe czy ciekawe, ale wiem, że są w nim momenty, w których toczyłem ze sobą walki i niejednokrotnie wygrywałem. Jeżeli ktoś będzie w takim miejscu jak ja i będzie miał wątpliwości, czy tę walkę podejmować, taka książka może pomóc. To nie jest jednoznacznie ponura i straszna historia, ponieważ finalnie wybieram życie, wybieram tę jasną stronę.

–  „Wybrałem życie” to mocny tytuł…

Z książki wynika, że ten wybór życia to nie jest jednorazowa sprawa. Za każdym razem, kiedy wybieram to, żeby nie dać się użyć do czegoś albo nie dać się upokorzyć, tak naprawdę wybieram życie. Życie stawia nam cały czas takie same pytania: „Jesteś pewny, że chcesz pójść w tę stronę? To postawię cię w takiej sytuacji i zobaczymy…” Myślę, że jedna dobra decyzja i zrobienie czegoś dla siebie początkuje nawyk stawania po swojej stronie. To wchodzi nam w krew. Tak samo jest z myślami i działaniami autodestrukcyjnymi. To tak naprawdę awers i rewers tej samej monety.

Wcześniej książka miała mieć inny tytuł, Gdziekolwiek jestem, od tytułu wiersza Czesława Miłosza Gdziekolwiek, który stanowi motto książki. Ostateczny i obecny wybraliśmy razem z wydawnictwem. Dziś dzięki naszej rozmowie zrozumiałem, co oznacza. Wyznacza całą perspektywę patrzenia na książkę. Ja wyrobiłem w sobie nawyk dbania o siebie – rezygnowania z relacji, które ciągną mnie w dół, rezygnowania z ryzykownych sytuacji. To praca, którą trzeba wykonać, ale daje nadzieję, że jeżeli już raz wybierzemy dla siebie dobrze, to łatwiej nam później będzie podejmować takie decyzje. Nawet jeśli będziemy się na tej drodze potykać i przewracać to jest szansa, że już z niej nie zawrócimy. 

Michał Czernecki
Fot. VIPHOTO/East News

Wybrałem życie, książka Michał Czernecki
Fot. Materiały promocyjne

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Anja Rubik opowiada o miłości i seksie, a Qczaj o trudnym dzieciństwie… Zobacz sesje modelki i trenera!