WSPOMNIENIE

Dlaczego Maria Callas, primadonna stulecia, musiała przegrać swoje życie?

Jej historia to materiał na prawdziwą operę...

Roman Praszyński 16 września 2018 17:55

Była genialną śpiewaczką. Połowa świata ją kochała, druga nienawidziła. Żyła jak bohaterki śpiewanych przez siebie oper: była wspaniała, okrutna, zakochana do nieprzytomności. I jak one nieszczęśliwa. Dlaczego Maria Callas, primadonna stulecia, musiała przegrać swoje życie?

Jej historia to materiał na prawdziwą operę. Tragedię, w której gruba, zakompleksiona dziewczyna, całe życie ukrywająca swoją krótkowzroczność, zdobywa miłość tłumów. Staje się boginią, lecz umiera opuszczona przez wszystkich. Umiera, a może zostaje zabita… Maria Callas przemknęła przez świat jak meteor. Rozbłysła i spaliła się w bólu. Ślad, który zostawiła po sobie, do dziś wzrusza. Taka właśnie była na scenie. Dramatyczna, porywająca, wzbudzająca najwyższe emocje. Od jej śmierci minęło już 41 lat.

Maria Callas: Miłość nie zna litości

Rok 1959. Grek Arystoteles Onassis jest najbogatszym człowiekiem świata. Maria Callas wielką diwą, podziwianą po obu stronach oceanu. Tych dwoje musiało się spotkać. Jego podnieca jej sława. Ją jego bogactwo i seks, którego jest pozbawiona w małżeństwie. Bogaty lowelas zaprasza ją na swój olbrzymi jacht pływający po Morzu Śródziemnym. Maria przyjmuje zaproszenie i pojawia się ze swoim mężem i menedżerem, Battistą Meneghinim. Jest tam też żona miliardera, Tina, z dwójką ich małych dzieci. Onassis i Callas przechadzają się po pokładzie, trzymając się za ręce. Ona opala się w bikini, on smaruje jej ciało olejkami. Ona patrzy na jego czarną od kłaków pierś i drży z podniecenia. Nocą opuszcza kabinę, którą dzieli z mężem, i znika w kajucie miliardera. Spala ich żar miłosnego szaleństwa. Tina przyłapuje ich, gdy uprawiają seks. Są tak ogarnięci namiętnością, że nie zwracają na nią uwagi. Zdradzana żona idzie do męża Callas i opowiada, co widziała. Meneghini nie reaguje. „To tylko morski romans”, wzdycha. „Po powrocie zapomną o wszystkim”. Nie zapomną. Ich romans rozkwitnie, a ich małżeństwa legną w gruzach. Co wcale nie da im szczęścia. Ale czyż nie takie są prawdziwe opery?  Miłość niesie cierpienie, a na końcu zawsze jest trup. A najlepiej dwa.

Smutne dzieciństwo

Rok 1923. Nowy Jork. Litza Kalogeropoulos, żona greckiego aptekarza Georgiosa, który wyemigrował z rodziną do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia, rodzi swoje drugie dziecko. Marzy, że to będzie chłopiec, więc gdy położna podaje jej dziewczynkę, warczy: „Zabierzcie ją stąd!”. I wpada w poporodową depresję. Depresja matki ciąży nad dzieciństwem Marii. Litza pogardza mężem, uważa, że popełniła mezalians, wychodząc za niego. Zaciekle się kłócą. Dla córek jest ostra, wymagająca. Nie przytula, nie okazuje uczuć. W domu nie ma ani jednej lalki. Jest za to pianola, którą sprowadza matka. Gdy odtwarza fragmenty oper, mała Marysia zastyga bez ruchu. A potem wczołguje się pod pianolę i rączkami naciska pedały.

To właśnie matka, której, gdy dorośnie, nie będzie chciała znać, popycha ją na drogę kariery. Ona pierwsza zwraca uwagę na talent Marii, która uwielbia śpiewać. Nie stać ich na kupowanie płyt, więc Litza zabiera córkę do sklepu, gdzie słuchają oper. Sfrustrowana, niespełniona matka przelewa swoje ambicje na zdolną Marię. Mimo protestów męża, wraca z córkami do Aten. Uważa, że tylko tam Maria może zdobyć odpowiednie wykształcenie. Ale przez pół roku nic nie potrafi dla niej znaleźć. W końcu idą do tawerny na wybrzeże, gdzie występują amatorzy. Trzynastoletnia dziewczynka staje przed tłumem rozwrzeszczanych pijanych mężczyzn. Gdy zaczyna śpiewać, zapada cisza. Gdy kończy, wybucha entuzjastyczna owacja. Podchodzi do nich młody tenor i obiecuje polecić Marię najwybitniejszej nauczycielce emisji głosu w Atenach – Marii Trivelli. Gdy Trivelli wysłucha zmysłowej arii Carmen z pierwszego aktu opery Bizeta w wykonaniu Marysi, zakrzyknie: „Ależ to jest talent!”. Dostrzega wielki potencjał dziewczyny. Bierze ją pod swoje skrzydła.

Porzucona przez ojca

Od tej chwili przyszła diwa zaprzedaje się operze. Nie ma życia, tylko reżim ćwiczeń. Nie ma koleżanek, tylko arpeggia, gamy i rulady na rozszerzenie skali głosu. Po szkole ćwiczy w domu. Litza zamyka ją w pokoju bez pieca. Ubrana w kilka warstw odzieży, owinięta w koc i w rękawiczkach, ćwiczy cały dzień. Wieczorem podkrada jedzenie i ćwiczy dalej. Nie wychodzi z pokoju, nie je wspólnych posiłków z matką i siostrą. Niewolnica sztuki. Matka wpycha starszą córkę do łóżka bogatego młodzieńca, Miltona Embricosa. Zawiera kontrakt z jego rodziną, dzięki czemu za seks Jackie ma utrzymanie.

Gdy córka protestuje, matka krzyczy: „Umrzemy z głodu. Potrzebujemy pieniędzy natychmiast!”. Jackie nie potrafi się przeciwstawić agresywnej matce. Litza drze listy, które z Ameryki przysyła jej mąż, Georgios. Maria jest przekonana, że ojciec je porzucił. Matka chowa przed nią nawet list, w którym borykający się z bezrobociem ojciec przysłał jej pięć dolarów na 14. urodziny. Maria płacze. Czuje się samotna. Czuje się gorsza. Jest krótkowzroczną, otyłą, zakompleksioną dziewczyną. Córką, od której odwrócił się nawet kochający ojciec. Tylko opera dodaje jej sił. Gdy śpiewa, budzi się w niej królowa.

I wtedy wybucha wojna. Grecję zajmują włoscy faszyści. Maria śpiewa dla okupantów. Jest coraz bardziej znana. Staje się grecką gwiazdą. Potem zostanie oskarżona o kolaborację. Zaprzecza temu. Dla niej nie jest ważne, dla kogo śpiewa, ale jak. A śpiewa coraz piękniej. A ten niemiecki major z wywiadu wojskowego, z którym idzie do łóżka? To przecież nie ma nic wspólnego z wojną. Jest grubą, nieatrakcyjną dziewczyną. Młodzi ludzie nie zwracają na nią uwagi. A w niej budzą się seksualne tęsknoty. Dojrzały major zna się na operze. I młodych dziewczynach. Zaspokaja jej potrzebę bezpieczeństwa i bycia kochaną. Odwiedza ją w domu pod pretekstem złożenia hołdu młodej artystce. Godzinami przesiaduje u niej w pokoju, załatwia występy. W pewnej chwili znika bez śladu. Wojna się kończy. Przed młodą śpiewaczką otwiera się wielki świat. Tak wielki jak przepaść.

Narodziny diwy: początek kariery Marii Callas

W listach do przyjaciół pisze o swoim Głosie zawsze z dużej litery. Uważa go za dar od Boga. Ma niespotykaną skalę. Prawie trzy oktawy, ogromny zasięg jak na sopran dramatyczny. Ale ona nie tylko śpiewa, ona gra całym ciałem. Jej interpretacje operowych ról wstrząsają widzami. Publiczność płacze, tupie, klaszcze na stojąco. Punkt zwrotny jej kariery to Florencja 30 listopada 1948 roku. Śpiewa tam partię Normy w Normie Belliniego. Udowadnia, że ma talent światowy. Tullio Serafin, wybitny dyrygent i jej mentor, powie: „Callas wywołała wstrząs. Zmieniła operę”. Katorżniczą pracą, poświęceniem i uporem wspina się na szczyt. Stają przed nią otworem najlepsze sceny świata. Mediolańska La Scala i nowojorska Metropolitan Opera.

Tłumy ją kochają. Ale ona nie kocha samej siebie. Dla świata jest wielką gwiazdą, diwą, o której pieją media. Ale w głębi duszy jest wciąż otyłą nastolatką z kompleksami. Dwie Marie. Posągowa i dramatyczna na scenie. Dzika kapłanka sztuki. W życiu prywatnym zagubiona i nieśmiała. Dlatego pociągają ją starsi mężczyźni. Szuka ojca i opiekuna. Taki właśnie jest włoski biznesmen Giovanni Battista Meneghini. Nic z Casanovy. Jak pisze Anne Edwards w biografii Maria Callas. Primadonna stulecia: „Niski, korpulentny, o wyłupiastych oczach, rzednących włosach i podwójnym podbródku”. Ale zdobywa serce artystki. Jest rok 1947, wielka kariera dopiero przed nią. Battista zabiera ją na piesze wycieczki po Weronie śladami Romea i Julii. I co z tego, że jest starszy prawie o 30 lat? Dla niej to atut. W dodatku zobowiązuje się opłacić jej pobyt we Włoszech. Bez tego jej kariera może wcale by nie zaistniała?

Małżeństwo Marii Callas

Zostaje więc señorą Meneghini 21 kwietnia 1949 roku, tuż przed swoim wyjazdem do Buenos Aires, gdzie zaśpiewa partię Turandot. „Dziękuję jeszcze raz, że zostałeś moim mężem, zanim wyjechałam”, pisze wiernopoddańczo z Argentyny. „Dzięki temu kocham Cię jeszcze bardziej. Nie ma kobiety szczęśliwszej ode mnie (…) Przede wszystkim jesteś mężczyzną moich marzeń. Moim jedynym celem w życiu jest sprawienie, żebyś był najszczęśliwszym i najdumniejszym mężem na świecie”. Piękne, prawda? Zakochana diwa czyni go swoim menedżerem. Battistę nudzi biznes. Woli być agentem sławnej żony. Ona myśli, że on jest bogaty, a on tylko zarządza interesami należącymi do rodziny. Wierzy, że dzięki Callas wybije się na niezależność. Więc organizuje jej zagraniczne koncerty, choć nie zna się na tym.  Maria jest szczęśliwa. Albo tak chce myśleć.

Rodzina Battisty nigdy nie zaakceptuje śpiewaczki. Bracia mają jej za złe, że odciągnęła Battistę od rodzinnego biznesu. Gdy w domu Meneghinich Maria potknie się i spadnie ze schodów, jeden z nich, który będzie tego świadkiem, nie kiwnie palcem, żeby pomóc. Krzyknie tylko: „Ona jest tak beznadziejna, że nie umie nawet zejść po schodach!”. Battista nigdy nie stanie w obronie żony. Wprost przeciwnie, pieniądze, które zarabia Callas, przelewa na własne konto i zasila nimi rodzinne interesy. Przez kilka lat Maria tego w ogóle nie kontroluje. Prawo włoskie stanowi, że pieniędzmi żony zarządza mąż i ona poddaje się temu z ochotą. Gdy się zorientuje, będzie za późno. Battista wysysa z niej majątek. Ale w świecie opery diwa jest tygrysicą. Tam walczy o swoje skutecznie, jak komandos.

Wielka diwa

Do historii przejdzie jej spór z wielką włoską diwą Renatą Tebaldi. Panie rywalizują ze sobą przez całą karierę Callas. Zwłaszcza toczą bój o mediolańską La Scalę. Dochodzi tam do rękoczynów. Nie, nie między artystkami. Między ich zwolennikami. Gdy mogą, unikają siebie jak ognia. Ale w 1951 roku spotykają się w Rio de Janeiro na koncercie dla Czerwonego Krzyża. Na przyjęciu prawią sobie złośliwości, które słyszy organizator koncertu Baretto Pinto, wielki miłośnik Tebaldi. Oznajmia Callas, że nie wystąpi na pozostałych koncertach. Maria wpada w złość i w żołnierskich słowach przypomina mu o kontrakcie. Straszy sądem. Pinto ugina się, ale gdy przychodzi do płacenia honorarium, pozwala sobie na podłość: „Za te okropne przedstawienia, jakie pani tu dała, nie powinienem zapłacić pani ani grosza”. Biedaczek, nie powinien tego mówić. Maria kopie go kolanem w brzuch.

Miłość do męża wygasa. Maria czuje, że przerasta Battistę. W końcu widzi go takim, jakim jest. Pławiącym się w jej blasku hochsztaplerem. Brakuje jej subtelności uczucia i prawdziwej klasy. To dostaje od Luchino Viscontiego, słynnego reżysera i pisarza. Visconti jest bogaczem i wysublimowanym artystą. Obsesyjnie podziwia Callas, ale jest homoseksualistą. To ona zakochuje się w nim i ciągnie do łóżka. Kochanek doradza jej we wszystkim. W sprawach sztuki i diety. Dzięki niemu diwa zrzuca 30 kilo. I staje się ikoną mody. Największe marki odzieżowe proszą,  aby zechciała nosić ich ubrania. Visconti wystawia z Callas jej największą operę – Traviatę. Maria jest do niej urodzona. Jeszcze nie wie, że historia wyklętej dziewczyny, która walczy o miłość i ginie w rozpaczy, będzie jej historią. Po premierze w 1955 roku publiczność płacze, tupie, nie chce puścić jej ze sceny. Maria jest u szczytu swoich możliwości. Daje światu nową jakość. Dlatego świat nazywa ją La Divina – Boska.

Media karmią się Callas. Jest piękna, sławna, kontrowersyjna. Bożyszcze i zabawka tłumów. Tuż przed występem w Metropolitan Opera matka diwy udziela wywiadu dla „Time’a”. Skarży się, że bieduje, a sławna córka nie ma dla niej litości. Poprosiła ją o 100 dolarów na chleb, a w odpowiedzi usłyszała: „Jeśli nie potrafisz na siebie zarobić, to lepiej wskocz do rzeki i się utop”. Afera na cały świat. Gwiazda – wyrodna córka. Brukowce jeżdżą po Callas bez litości. W Mediolanie manifestacja, na transparentach: „Nie chcemy cię w La Scali”. Ktoś smaruje jej dom odchodami. Maria jest wstrząśnięta. Ucieka z miasta. Rzeczywiście, nie chce matki znać. Za nic się z nią nie spotka. Ale już dawno poleciła swojej księgowej wypłacać matce stałą pensję. Jednak dla Litzy to za mało. Pisze do córki oskarżycielskie listy. Maria nigdy na nie nie odpowie.

Arystoteles Onassis i Jackie Kennedy

Miłość do Viscontiego, co było do przewidzenia, kończy się żałością i bólem. Ale Maria w miłości nigdy nie wybiera łatwiejszej drogi. Dlatego rzuca się w ramiona Onassisa, który wprowadza ją do luksusowego świata. Jest dla niej bogiem seksu. Nareszcie czuje się prawdziwą kobietą. Kochaną, pożądana i spełnioną. Są jak z obrazka. On bogacz, ona diwa. Teraz dopiero paparazzi mają używanie. Polują na nich z helikopterów, aby ustrzelić fotkę, na której całują się na jachcie. Maria jest w euforii. Ale niedługo. Ogranicza występy, żeby być z ukochanym. Ale miliarder wciąż wyjeżdża w interesach, a ona nudzi się w paryskim mieszkaniu, które jej kupił. Choć oboje się rozwodzą, on wcale nie chce się żenić. A dla Marii to jest najważniejsze. Miliarder miał wiele kobiet, Maria jest jego największą zdobyczą. Do czasu, aż na horyzoncie pojawi się Jackie Kennedy, wdowa po prezydencie. Z nią się żeni błyskawicznie 20 października 1968 roku. „To tylko interesy”, tłumaczy wstrząśniętej Callas. „Kocham ciebie”. 

Upadek gwiazdy

Jest depresja i próba samobójcza. Przedawkowanie nasennych pigułek. Maria usuwa się z życia. Z nikim się nie widuje. Siedzi sama w domu z zasłoniętymi oknami w obawie przed paparazzi. „Po dziewięciu latach ani dziecka, ani rodziny, ani przyjaciela”, żali się. „Jak ktoś może być tak okrutny. Biedny człowiek”. Już nigdy nie wróci do formy. Głos w niej pękł.  I nic to, że po pół roku Onassis wraca do niej. Małżeństwo z Jackie okazuje się porażką. Żona traktuje go jak portfel, a planowane interesy w Ameryce nie dochodzą do skutku po zabójstwie Roberta Kennedy’ego. Maria wraca do roli wiecznej narzeczonej. Znów spotykają się w ukryciu. Ale los nie będzie już dla nich łaskawy. Najpierw w wypadku samolotowym ginie syn Onassisa, Alexander. Ojciec rozpacza. Włóczy się jachtem po morzach, jeszcze mniej go w życiu Marii. A potem umiera sam na miastenię, autoimmunologiczną chorobę mięśni. Callas dowiaduje się o tym 11 listopada 1974 roku. Jest w Sapporo, właśnie po raz ostatni zaśpiewała publicznie.

W czasie ostatniej trasy poznaje pianistkę Vasso Devetzi. Ta obca kobieta przejmuje nad nią władzę. Szarogęsi się w paryskim mieszkaniu,  w którym Callas siedzi zamknięta ze służącą i dwoma psami. Znosi jej tabletki nasenne, a codziennie rano daje amfetaminę. Callas jest otumaniona i traci ochotę do życia. Aż któregoś dnia służąca znajduje ją na podłodze. Lekarz stwierdza zawał serca. Kontrolę nad sytuacją przejmuje Devetzi. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Sprytna oszustka wmawia wszystkim, że wykonuje wolę zmarłej. Zakłada fikcyjną fundację, aby przejąć majątek Callas. Matce i siostrze znów dostają się ochłapy. Tylko sprytny Battista, który według włoskiego prawa wciąż jest mężem Callas, wyrywa większy kawałek tortu. I jeszcze coś. Devetzi każe szybko skremować zwłoki. Dlaczego? Czy żeby nikt nie wykrył, że to nie zawał serca zabrał z tego świata największą śpiewaczkę operowych scen? Biedna Maria Callas całe życie trafiała na ludzi, którzy ją wykorzystywali. Szukała miłości, a dostawała ból, porzucenie, a w końcu śmierć. Jak w prawdziwej operze.

Tekst: Roman Praszyński ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Blond bez żółtych refleksów? Tak! Poznajcie pielęgnację Blondifier

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Ewa Farna bez tajemnic! Takiej rozmowy jeszcze nie było!