WSPOMNIENIE

Mija 15. rocznica śmierci Marka Kotańskiego. O ojcu opowiada córka, Joanna: „Nie wierzył we własną śmierć”

Olga Figaszewska 19 sierpnia 2017 11:30
Marek Kotański
Fot. East News

Nazywali go „Aniołem wyklętych”. Nie bez powodu. Marek Kotański całe życie poświęcał się dla innych. Nigdy nie przechodził obojętnie obok ludzkich tragedii. Uważał, że każdy zasługuje na szansę. Już na studiach zaangażował się w pomoc rodzinom dotkniętym patologią. Na początku lat 80-tych, stworzył Monar - ośrodek wparcia dla alkoholików, narkomanów. Następnie przyszła pora na Markot -  organizację walczącą z bezdomnością. W placówkach powstałych na wzór tych amerykańskich, Kotański poddawał swoich podopiecznych terapii społecznościowej, oparrtej na wzajemnym wsparciu. Do ośrodków zgłaszały się kobiety z dziećmi, które uciekały przed oprawcami, chorzy na AIDS i nosiciele HIV czy więźniowie, ludzie odtrąceni przez najbliższych i społeczeństwo. Tutaj wszyscy mogli liczyć wsparcie. Był tylko jeden warunek - abstynencja. Potrzeba zmian miała wychodzić z człowieka. Z pomocą Kotańskiego wracali do normalnego życia. Kończyli terapie, kursy zawodowe. Rozpoczynali nowe życie. Podopieczni, którym się poświęcał nie byli bez winy. Ale on wierzył w nich bardziej, niż ktokolwiek inny. Kotańskiemu udawało się walczyć z patologiami naszych czasów. Uczył ludzi, że życie jest piękniejsze bez nałogów.

„Nie jest to zajęcie dla Matki Teresy z naszych marzeń. W ośrodkach dla bezdomnych lądują zrzuty wszelkiej maści, od kobiet z dziećmi, które uciekły przed mężami bestialcami, przez ludzi niezaradnych życiowo, alkoholików i narkomanów, aż po skazańców, którzy właśnie opuścili kryminał. Każda moja wizyta w tym miejscu kończyła się dla mnie kilkudniową traumą. Wydawało się, że mogę beztrosko wpaść, pogadać z pensjonariuszami, dodać im otuchy, pograć z nimi na gitarze. Niestety, po wyjściu stawałem się psychicznym wrakiem. Dla Kotana była to codzienność”, wspominał Kotańskiego w rozmowie z „Faktem” Zbigniew Hołdys.

Marek Kotański miał 60 lat. Zginął w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym 19 sierpnia 2002 roku w Nowym Dworze Mazowieckim. Na jezdnię wyszedł pijany mężczyzna. Kotański ominął go, by nie wszedł pod koła samochodu. Nieszczęśliwie samochód, którym się poruszał wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Po jego śmierci dobro, które zaszczepiał w ludziach szerzy się dalej. Do dziś jego idee kontynuuje stowarzyszenie, które założył. Rocznie ośrodki udzielają  pomocy ponad 20 tysiącom osób. 

W 15. rocznicę śmierci Marka Kotańskiego, przypominamy wzruszający wywiad VIVY! z jego córką, Joanną. Zawsze powtarzał, że nie będzie długo żył. Chociaż w nią nie wierzył. Między tym, czego pragnął, a tym, jak szybko żył był pewien dysonans. Ojciec nigdy nie towarzyszył jej w codzienności, ale zawsze mogła na niego liczyć. Pomagał, stawał po jej stronie. Gdy po śmierci sam nie mógł się bronić, ona broniła dobrej pamięci o nim. Jakim był człowiekiem? Czy udało mu się zaszczepić w córce potrzebę pomocy innym? Po raz pierwszy o ojcu, Joanna Kotańska opowiedziała Krystynie Pytlakowskiej w 2002 roku. 

Zobacz też: „Samochód Ritza był wrakiem’’. Nowe ustalenia w sprawie tragicznej śmierci księżnej Diany

Marek Kotański we wspomnieniach córki

Czy Pa­ni oswo­iła się już z my­ślą, że oj­ca nie ma?    
Po­wo­li przy­wy­kam do niej. Dni po śmier­ci ko­goś tak bli­skie­go nie są w ogó­le do sie­bie po­dob­ne. Mie­siąc mi­nie do­pie­ro za pa­rę dni. Krót­ko i dłu­go. Cią­gle pa­mię­tam tę noc z nie­dzie­li na po­nie­dzia­łek. Spa­łam, kiedy o 2.30 za­dzwo­nił te­le­fon. Ode­brał mąż. Zdą­żył po­wie­dzieć tyl­ko: „Tak, słu­cham”, gdy usia­dłam rap­tow­nie na łóż­ku i za­py­ta­łam: „Ta­ta nie ży­je?” Nie wiem, skąd to wie­dzia­łam. Po­my­śla­łam, że prze­cież przy­wio­złam z Pa­ry­ża cia­stecz­ka ry­żo­we, któ­re tak lu­bił. I że nie zdą­ży­łam mu ich dać.

– Po ja­kimś cza­sie my­śli się już ina­czej, bez łez?

Na­bie­ra się dy­stan­su. Ale my­śle­nie idzie jed­nym to­rem: nie wol­no za­prze­pa­ścić te­go, co ta­ta za­czął. Po je­go śmier­ci po­czu­łam się nie­odrod­ną cór­ką. 

– To zna­czy?

Chcia­ła­bym ro­bić coś do­bre­go, coś dla lu­dzi. Pra­co­wa­łam w Mo­na­rze, przez dwa la­ta. Ale nie od­na­la­złam się tam. Oj­ciec miał do­sko­na­łe me­cha­ni­zmy obron­ne. Ja ich nie mam. Ale te­raz bu­dzi się we mnie lwi­ca. Wte­dy, gdy trze­ba chro­nić pa­mięć ta­ty. I dzia­łać, kon­ty­nu­ując to, co on ro­bił. Za­ło­ży­łam fun­da­cję im. Mar­ka Ko­tań­skie­go „Do­tknię­cie do­bra”. Bę­dę zaj­mo­wa­ła się dzia­łal­no­ścią pro­fi­lak­tycz­ną wśród mło­dzie­ży, że­by ją chro­nić przed nar­ko­ty­ka­mi. Kan­dy­du­ję na rad­ną do Ra­dy War­sza­wy z okrę­gu na Żo­li­bo­rzu. 

– Nie boi się Pa­ni po­są­dze­nia, że wy­ko­rzy­stu­je na­zwi­sko oj­ca? Że jest ono klu­czem do Pa­ni karie­ry?

Ależ wy­ko­rzy­stu­ję. Mu­szę to zro­bić. Ina­czej nic bym nie zdzia­ła­ła. Li­czy się prze­cież cel. Ale wiem też, że ono ni­cze­go do koń­ca mi nie uła­twi. Wiem, ja­ka to od­po­wie­dzial­ność na­zy­wać się Ko­tań­ska.

– Pa­ni oj­ciec za­wsze mó­wił, że nie bę­dzie dłu­go żył...

Och, ta­ta czę­sto rzu­cał ha­sło: „A ja i tak nie­dłu­go umrę”. Ale to by­ło pół­se­rio. Ma­wiał też, że chciał­by być dziad­kiem Mar­kiem oto­czo­nym wia­nusz­kiem wnu­ków – wła­snych i „mar­ko­to­wych”. Był więc ja­kiś dy­so­nans mię­dzy tym, cze­go chciał, a tym, jak żył – szyb­ko, zu­peł­nie się nie oszczę­dza­jąc.

– Bo nie wie­rzy się we wła­sną śmierć.

Nie wie­rzył. Ta­kie rze­czy mó­wi się za­wsze tro­chę na prze­kór lo­so­wi.

Joanna Kotańska
Fot. Tomek Sikora

Joanna Kotańska, Viva! 2002

– Miał już wnucz­kę – Pa­ni cór­kę Lau­rę. Był do­brym dziad­kiem?

Nie by­ło go za wie­le dla nas, dla bli­skich. Za­wsze aku­rat miał coś do zro­bie­nia gdzie in­dziej, gdzieś je­chał, ko­goś na­pra­wiał, o coś wal­czył. Ale Lau­rę bar­dzo ko­chał. Tak my­ślę. Za­wsze był na jej uro­dzi­nach. Ona ma do­pie­ro sześć lat, więc zda­rzy­ło się to sześć ra­zy. 

– A na Pa­ni punk­cie miał „bzi­ka”?

  Ko­chał mnie, jak każ­dy oj­ciec. Ale  bzi­ka z je­go stro­ny nie czu­łam.

– Prze­cięt­ny oj­ciec cho­dzi na wy­wia­dów­ki, jeś­dzi z dziec­kiem na wa­ka­cje...

To pod tym wzglę­dem nie był prze­cięt­ny. Nie jeś­dził ze mną na wa­ka­cje. A na wy­wia­dów­ki cho­dzi­ła ma­ma. Na­to­miast za­wsze wie­dzia­łam, że mo­gę na nie­go li­czyć, że jak bę­dzie trze­ba, to mi po­mo­że. 

– I po­ma­gał?

Tak, kie­dy się roz­wo­dzi­łam na przy­kład. Ta­ta był pierw­szą oso­ba, do któ­rej za­te­le­fo­no­wa­łam pod wpły­wem im­pul­su.

– Rzu­cił wte­dy wszyst­ko? Przy­je­chał?

Rzu­cił, przy­je­chał. Po­wie­dział: „Jo­an­na, có­recz­ko, bę­dzie do­brze. No, ta­kie rze­czy się zda­rza­ją, ja­koś da­my im ra­dę”. Zde­ner­wo­wał się, wi­dzia­łam. Był po­ryw­czy, nie­opa­no­wa­ny. Ale dla mnie sta­rał się za­cho­wać spokój.

– Lu­bił by­wać, po­ka­zy­wać się, bry­lo­wać. Ni­gdy jed­nak nie wi­dzia­no z nim żo­ny i cór­ki. Tak, jak­by żył sam, bez ro­dzi­ny.

Ja cza­sa­mi cho­dzi­łam. Od­kąd do­ro­słam, za­wsze dzwo­nił do mnie: „A mo­że mia­ła­byś ocho­tę...” Ale ma­ma nie cho­dzi­ła ni­gdy. Nie chcia­ła, że­by wszy­scy się na nią ga­pi­li: „O, żo­na Ko­tań­skie­go”. Dziec­ku ła­twiej so­bie z tym po­ra­dzić. W spo­sób na­tu­ral­ny przyj­mo­wa­łam fakt, że je­stem cór­ką Ko­tań­skie­go. Jed­nak cień je­go po­pu­lar­no­ści i oso­bo­wo­ści rzu­to­wał ja­koś na mo­je ży­cie – po­zy­tyw­nie i ne­ga­tyw­nie. 

– Lep­szy był­by oj­ciec, któ­ry po pra­cy zo­sta­wia tecz­kę w przed­po­ko­ju, zdej­mu­je gar­ni­tur i gra z dziec­kiem w scrab­ble?

Och, cza­sa­mi wo­la­ła­bym, że­by był ta­ki. Ja­ko ma­ła dziew­czyn­ka za­zdro­ści­łam ko­le­żan­kom z „nor­mal­nych” do­mów, któ­re cho­dzi­ły z ta­tu­sia­mi na spa­ce­ry. Ale z dru­giej stro­ny czułam du­mę, że po­ma­ga in­nym. I ta du­ma re­kom­pen­so­wa­ła fakt, że nie miał cza­su na­uczyć mnie jaz­dy na ro­we­rze. Ja­koś dziw­nie szyb­ko zo­rien­to­wa­łam się, co ro­bi mój ta­ta. Od naj­młod­szych lat mia­łam po­czu­cie, że ta­ta jest bar­dziej po­trzeb­ny in­nym niż mnie i że oni so­bie bez nie­go nie po­ra­dzą, a ja – tak.

– Pa­ni oj­ciec by­wał kry­ty­ko­wa­ny. Mó­wi­ło się, że tak na­praw­dę za­le­ży mu na tym, by ist­nieć ja­ko oso­ba pu­blicz­na. 

Bzdu­ra. Me­dia by­ły mu po­trzeb­ne do te­go, co ro­bił. Mu­siał sta­rać się o na­gło­śnie­nie swo­ich ak­cji. A fakt, że na pierw­szym miej­scu sta­wiał pra­cę, a nie wła­sną ro­dzi­nę, jest nie­za­prze­czal­ny i nie ma co te­go ukry­wać. Ina­czej nie stał­by się cha­ry­zma­tycz­nym przy­wód­cą.

– Stał się nim, czy nim był?

Nie wiem, czy moż­na na­rzu­cić so­bie ro­lę wo­dza. Oj­ciec za­wsze da­wał sie­bie in­nym, co­dzien­ność go nu­ży­ła, cią­gle mu­siał ro­bić coś no­we­go. Ma­ma po­świę­ci­ła się do­mo­wi – ni­gdy nie pra­co­wa­ła. Oj­ciec – pra­cy. Nie bie­ga­łam z klu­czem na szyi. Mia­łam nor­mal­ny, cie­pły dom, z obia­da­mi, pe­łen zwie­rząt. Psy to by­ła je­go pa­sja. Mie­li­śmy naj­pierw jed­ne­go, po­tem dwa, trzy, wresz­cie dzie­więć. To ta­kie hob­by, jak zbie­ra­nie znacz­ków. A nikt nie mó­wi, że pan X – fi­la­te­li­sta wo­li znacz­ki niż ro­dzi­nę! Ta­ta lu­bił też ko­lek­cjo­no­wać skó­rza­ne kurt­ki, zbie­rał dzwon­ki, a daw­no te­mu ho­do­wał go­łę­bie pocz­to­we.

Joanna Kotańska
Fot. Tomek Sikora

Joanna Kotańska, Viva! 2002

– Pa­ni i ma­ma zo­sta­ły­ście w War­szawie.

Tak, 40 ki­lo­me­trów od oj­ca. Ale to nie zna­czy­ło, że nas zo­sta­wił. Spra­wa by­ła pro­sta – oj­ciec po ope­ra­cji ser­ca jed­nak tro­chę przy­sto­po­wał. Do­szedł do wnio­sku, że mu­si mieć wię­cej po­wie­trza, że tam od­zy­ska spo­kój. Ja aku­rat wte­dy uro­dzi­łam Lau­rę, ma­ma więc po­trzeb­na by­ła tu­taj, na miej­scu. Trud­no by­ło po­łą­czyć jej opie­kę nad na­mi i nad oj­cem. Co­dzien­nie dzwo­ni­li do sie­bie. By­li 37 lat mał­żeń­stwem. I bar­dzo się ko­cha­li, mi­mo że przez ostat­nich osiem lat nie miesz­ka­li ra­zem. Wiem jed­nak, że by­cie z kimś nie po­le­ga na miesz­ka­niu z nim.

– A na czym?

Na wspar­ciu, gdy czło­wiek czu­je się sa­mot­ny, gdy coś go iry­tu­je, po­trze­bu­je otu­chy, al­bo gdy się z cze­goś cie­szy, osią­gnął ja­kiś suk­ces.

– Kil­ka lat te­mu na­krę­co­no o nim film­-laur­kę, w któ­rym mi­mo­wol­nie po­ka­za­no też au­to­kra­tyczną i próż­ną stro­nę Mar­ka Ko­tań­skie­go. 

Oj­ciec był au­to­kra­tą, był po­ryw­czy, wy­bu­cho­wy. Za­wsze by­ło coś, co lu­bił i coś, cze­go nie zno­sił. To, cze­go nie­na­wi­dził, do­pro­wa­dza­ło go do pa­sji. Ale dzię­ki swo­je­mu cha­rak­te­ro­wi ura­to­wał set­ki lu­dzi, zro­bił ty­le do­bre­go, że cze­pia­nie się go te­raz, po śmier­ci, jest bar­dzo krzyw­dzą­ce. A zwłasz­cza ja­kichś głu­pot. Że lu­bił cho­ciaż­by szyb­ko jeś­dzić. Jeś­dził do­brze, ale nie ostro. Nor­mal­nie jeś­dził. A próż­ność? Bo­że, na­wet je­śli był tro­chę nar­cy­stycz­ny, to w ogól­nym roz­ra­chun­ku to na­praw­dę dro­biazg. To cze­pia­nie się wy­ni­ka z cu­dzych za­zdro­ści i kom­plek­sów i ja oso­bi­ście to chrza­nię po pro­stu.

– Opo­wia­da się aneg­do­tę, że na po­dwór­ku Mar­ko­tu mia­ła sta­nąć fi­gu­ra Chry­stu­sa i ktoś za­pro­po­no­wał, by mia­ła twarz Mar­ka Ko­tań­skie­go. Po­dob­no Pa­ni oj­ciec przez chwi­lę na­wet się wa­hał?

Och, to do ta­ty po­dob­ne (uśmiech). Już po­wie­dzia­łam, że był tro­chę próż­ny i de­spo­tycz­ny. ˚e wrzesz­czał, prze­kli­nał i czę­sto by­wał nie­obiek­tyw­ny. Dwo­je lu­dzi ode­szło z Mo­na­ru w at­mos­fe­rze skan­da­lu i to oni te­raz sta­wia­ją oj­cu naj­wię­cej za­rzu­tów. Wiem, że gdy­by oj­ciec nie był de­spo­tą, a czło­wie­kiem mi­łym, grzecz­nym i po­ukła­da­nym, nie wy­cią­gnął­by ty­lu osób z nar­ko­ma­nii, nie stwo­rzył­by do­mów dla cho­rych na AIDS ani dla bez­dom­nych. Gdy­by był zwy­kłym po­czci­wym fa­ce­tem, nie osią­gnął­by te­go wszyst­kie­go. I nie był­by rów­nież Mar­kiem Ko­tań­skim, tyl­ko ja­kimś pa­nem X. A gdy­by mu za­le­ża­ło tak bar­dzo na bu­do­wa­niu wi­ze­run­ku, kła­mał­by. Nie krzy­czał­by: „Mam pa­nią w du­pie!”, je­śli to aku­rat czuł. Był sobą, zawsze. Jak się wkur­wił, to da­wał te­mu wy­raz. Jak chciał jeś­dzić z psa­mi, to jeś­dził. Je­śli lu­bił cze­sać się w kit­kę, to się cze­sał.

– A Pa­ni się tej kit­ki u nie­go wsty­dzi­ła?

Nie wsty­dzę się ni­cze­go, co wią­że się z mo­im ta­tą.

– Stał się mo­no­po­li­stą.

Tak, tak i za­rzu­ca się te­raz, że in­ne or­ga­ni­za­cje nie mia­ły pie­nię­dzy, bo nie mia­ły ta­kiej si­ły prze­bi­cia. Ale na­le­ża­ło­by za­dać py­ta­nie: „Dla­cze­go?” Ta­ta, jak so­bie coś za­ło­żył, za­wsze to zdo­by­wał. Do­sta­wał to­tal­nie zde­wa­sto­wa­ne ru­de­ry i wkła­dał ogrom­ny wy­si­łek w do­pro­wa­dze­nie ich do użyt­ku. Oj­ciec ro­bił coś z ni­cze­go, miał ta­lent do te­go. Ni­gdy nie przy­cho­dził na go­to­we, gar­dził­by tym. Nie­ustan­nie prze­kra­czał sie­bie. Na­wet bi­skup po­wie­dział to o nim na po­grze­bie. I ja uwa­żam, że to zda­nie to kwin­te­sen­cja mo­je­go oj­ca.

– Ale ta­kie prze­kra­cza­nie sie­bie...

  Wy­pa­la. I trze­ba mieć nie­sa­mo­wi­tą si­łę, że­by to ro­bić. Oj­ciec ją miał. Mo­że ge­ny? Mo­że ła­ska bo­ska? Cho­ciaż w cią­gu ostat­nich pię­ciu lat stał się bar­dziej do­mo­wy. To by­ła ta­ka na­tu­ral­na po­trze­ba zła­god­nie­nia na sta­rość. Cho­ciaż pa­ra­dok­sal­nie wy­da­je mi się, że ta­ta umarł mło­do. Mógł jesz­cze 20 lat dzia­łać. Ale cóż, sta­ło się.

– Miał­by jesz­cze na to si­łę?

Zna­la­zł­by ją w so­bie, bo no­we za­da­nie wy­zwa­la­ło w nim ener­gię.

– Po „Łań­cu­chu Czy­stych Serc” już żad­na je­go ak­cja nie pod­bi­ła ca­łej Pol­ski.

Och, wte­dy stał się gu­ru. Ta ak­cja, or­ga­ni­zo­wa­na w la­tach 80., wzbu­dzi­ła wiel­kie emo­cje, lu­dzie po­szli za ta­tą jak w dym. Po­tem „Ku­pą, mo­ści pa­no­wie”, czy­li ak­cja my­cia sza­le­tów mo­że nie zdo­by­ła już ta­kie­go po­par­cia spo­łecz­ne­go, ale cel zo­stał osią­gnię­ty, bo do tej po­ry się o tym mó­wi.

– Ale gwiaz­da za­czę­ła bled­nąć?

   Czas po­ka­zał, że wręcz prze­ciw­nie. Prze­cież je­go ży­cie uło­ży­ło się w lo­gicz­ną ca­łość. Był praw­dzi­wy od po­cząt­ku do koń­ca, ni­ko­go nie uda­wał. Fak­tycz­nie lu­bił, że­by o nim mó­wio­no, ale cho­dzi­ło mu głów­nie o to, że dzię­ki te­mu był bar­dziej sku­tecz­ny. Ina­czej mógł­by na przy­kład za­mknąć się w ga­bi­ne­cie na Żo­li­bo­rzu, przyj­mo­wać biz­nes­me­nów z pro­ble­ma­mi i miał­by wo­rek pie­nię­dzy.

Marek Kotański, Joanna Kotańska
Fot. archiwum prywatne

Marek Kotański z córką, Joanną

– A miał pie­nią­dze?

Prze­cięt­ne. Nie mie­li­śmy wil­li z ba­se­nem ani cu­dów nie­wi­dów. Dom, w któ­rym miesz­kał, to do­mek dział­ko­wy ku­pio­ny 30 lat te­mu. Ta­ta roz­bu­do­wał go i przy­sto­so­wał do miesz­ka­nia przez ca­ły rok. Przy­kro mi, gdy się pi­sze czy mó­wi, że ktoś oj­ca nie lu­bił czy nie sza­no­wał. Cho­ciaż mu­szę też wziąć pod uwa­gę, że suk­ces jest mie­rzo­ny licz­bą wro­gów. Tyl­ko że ja bym chcia­ła tych wro­gów zo­ba­czyć, kon­kret­nie, z imie­nia, na­zwi­ska, cze­kam na ich te­le­fo­ny. Bo co to zna­czy „wróg”?

– A nar­ko­ma­ni? Nie mie­li do nie­go ża­lu za bru­tal­ność? Wy­rzu­cał bez par­do­nu, krzy­czał, upo­ka­rzał.

Ale na ko­niec mó­wi­li, że gdy­by nie Ko­tań­ski, daw­no już nie by­ło­by ich na tym świe­cie. Oj­ciec mu­siał z ni­mi ostro po­stę­po­wać. Pro­ces le­cze­nia jest dłu­gi, trwa mniej wię­cej dwa la­ta. I w cza­sie te­go cy­klu jest cięż­ko. Lu­dzie nie­jed­no­krot­nie wy­jeż­dża­li, kłó­ci­li się, wra­ca­li.

– To praw­da, że Ko­tań­ski ka­zał im ści­nać wło­sy? Dla dziew­czyn to tra­ge­dia prze­cież.

Ka­zał. I te oso­by oj­ca prze­kli­na­ły, ale ści­na­ły. Cho­dzi­ło o pró­bę, że­by nar­ko­man po­ka­zał, jak za­le­ży mu na wy­le­cze­niu. Chcesz zo­stać – ob­ci­nasz  Chcesz wy­jeż­dżać? Spa­daj. To był sym­bol – po­ka­za­nie, na co ko­go stać.

– Do Pa­ni wło­sów się nie wtrą­cał?

Nie, ni­gdy. Zresz­tą ja nie przy­spa­rza­łam kło­po­tów, nie bun­to­wa­łam się, doj­rze­wa­jąc. Zda­łam ma­tu­rę, po­szłam na stu­dia – na­uki spo­łecz­ne na UW. 

– Czu­je Pa­ni cza­sem je­go obec­ność? 

Pod­czas po­grze­bu mia­łam wra­że­nie, że wi­dzę oj­ca w ko­ście­le. Czu­ję w sobie je­go si­łę, któ­ra po­zwa­la mi ist­nieć i dzia­łać.

Zobacz też: Elvis Presley odszedł 40 lat temu, ale wciąż budzi emocje... Czy „król” żyje?! EKSKLUZYWNE VIDEO

Wideo

Poznaj jeden z największych trendów w makijażu!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Ewa Farna bez tajemnic! Takiej rozmowy jeszcze nie było!