TYLKO U NAS!

„Miałam myśli samobójcze”. Lucyna Malec opowiada o dramatycznych chwilach swojego życia

Czy aktorka wypracowała już zgodę na chorobę Zosi?

Olga Figaszewska 30 października 2018 18:55
Lucyna Malec, VIVA! 22/2018
Fot. Olga Majrowska

Miała trzydzieści dwa lata kiedy Zosia przyszła na świat. Nie od razu po urodzeniu córeczki wiedziała, że dziecko jest chore. Wszystko działo się szybko i dramatycznie. Dziewczynka dostała drgawek, przestała oddychać, lekarze musieli interweniować natychmiastowo. Do dziś Lucynie Malec trudno wracać jej do tych wydarzeń sprzed dwudziestu lat. „To cały czas jest we mnie”, mówi. W rozmowie z Krystyną Pytlakowską aktorka zdradziła czy wypracowała sobie już zgodę na chorobę Zosi, jak odnalazła w sobie siłę? Czy miała myśli samobójcze?

A w Tobie jest cały czas bunt i pytanie: dlaczego? Czy wypracowałaś już zgodę na chorobę Zosi?

Mój bunt polega na tym, że ja cały czas wymyślam coś nowego, co można by jeszcze zrobić, by jej pomóc. Był taki moment, kiedy moje dziecko miało aż za dużo tych zajęć. Trzeba było przystopować, żeby nie zamęczyć jej ćwiczeniami. Ale mimo to co noc zasypiam z myślą: może coś jeszcze można zrobić, może medycyna pójdzie do przodu i „naprawimy” Zosię. Te myśli pozwalają mi w miarę normalnie funkcjonować, bo jest we mnie nadzieja. Wiem, że mam być matką, a nie terapeutką, ale jestem otwarta na wszystkie medyczne nowinki i czuję w sobie taką moc, że mogę zawieźć Zosię wszędzie, dobić się nawet do samego Pana Boga.

Chodziłaś też pewnie modlić się do Świętego Judy.

Tak, tak i do wszystkich świętych.

Jak człowiek, matka, może się psychicznie uzbroić na wiadomość, że jej dziecko jest nieuleczalnie chore?

To przychodzi powoli, razem z rozwojem dziecka. Gdyby ktoś 20 lat temu powiedział mi, że Zosia będzie w takim stanie, nie wiem, czybym to zniosła, czybym to przeżyła.

Co byś zrobiła?

Może bym się położyła i umarła, ale tak naprawdę jak mogłabym zostawić córkę, która ma tylko mnie.

Wiem, że rozstałaś się z mężem, ojcem Zosi. Niewielu mężczyzn może znieść świadomość choroby dziecka. Wychodzą, zamykając za sobą drzwi, i zostawiają kobietę samą z tym zmartwieniem.

Też jestem sama, ale jakoś sobie radzę, pomagają mi siostry, ich mężowie, tata daje mi wsparcie na odległość. W tym roku byłyśmy na wakacjach z moją starszą siostrą i jej mężem. Był też z nami Paweł Wawrzecki ze swoją córką i moje dwie przyjaciółki, Bożenka i Ola. Stanowimy trochę dziwną grupę, którą Grecy już znają, bo od 11 lat jeździmy na Kretę, którą wynalazł Paweł. I jest nam razem bardzo wesoło, a nasze niepełnosprawne dzieci czują się tam szczęśliwe, pływają w ciepłej wodzie. Tam odpoczywam i ja, i Zosia. To takie nasze ukochane miejsce na ziemi. A jednocześnie nie robimy przerwy w rehabilitacji, bo Zosia tam dużo się rusza. Ja mam zresztą taki imperatyw, żeby cały czas z nią ćwiczyć.

Cały czas żyjesz pod presją, którą sama na sobie wywierasz.

Tak, sama sobie założyłam taki kaptur na głowę, ale przecież jestem otoczona wspaniałymi ludźmi, którzy mają podobny problem. Pracujemy nad tym, żeby siebie rozgrzeszyć, powiedzieć: „To nie moja wina”. Co chwila upadamy i się podnosimy. Takie chwilowe załamania szybko mi przechodzą. Najgorzej jest w listopadzie, to najtrudniejszy miesiąc do przetrwania, depresyjny. Choć podobno nie wyglądam na osobę, która poddaje się depresji.

Umiesz się śmiać, masz dystans do tego, co się dzieje w Twoim życiu. Jesteś chyba za silna na depresję.

Moja przyjaciółka czasem zwierza mi się, że bierze jakieś psychotropy, nakazuję jej wtedy: „Pomyśl o swojej babci, którą tak kochałaś, czy ona miała łatwiejsze życie od twojego! Czy miała dużo ciężej? Tak, miała. Czy brała psychotropy? Nie. No to po co ty je bierzesz?”.

Ty nie bierzesz leków psychotropowych?

Kiedyś brałam i to był dla mnie okropny czas. Umarła mama, ja kręciłam „Bulionerów”. Mama zabroniła tacie mówić nam, córkom, że jest umierająca. Chciała, żebym spokojnie dokończyła ten serial. Skończyłam i mama umarła. Zosia urodziła się w tym samym dniu, w którym mama umarła – 21 sierpnia. Różnica jest tylko w latach – Zosia w 1998 roku, a śmierć mamy w 2004. Dla mnie to dzień narodzin i dzień śmierci. Jakiś znak od losu? Gdy mama żyła, bardzo mnie wspierała.

(...)

Ty miałaś bardzo ciężki poród.

Krótki i ciężki. Zosia dostała tylko cztery punkty na dziesięć w skali Apgar, zdążyłam ją przytulić i od razu ją ode mnie zabrano. Niedotlenienie nastąpiło później w nocy.

A potem żyłaś w strachu o nią.

Najważniejszy był pierwszy rok, żeby usiadła, ruszała się, wodziła oczkami, rozwijała się motorycznie. Ćwiczyłam z Zosią cztery razy dziennie po godzinie, potem ją karmiłam, potem znowu ćwiczyłam. Nie zajmowałam się niczym innym, a żaden lekarz nie miał na tyle odwagi, by powiedzieć mi wprost: „To dziecko jest niepełnosprawne”. Prawdę mówiąc, nigdy tego nie usłyszałam, cały czas tylko mówili, że trzeba rehabilitować, rehabilitować, a co dalej – zobaczymy. Ale potem już nie musieli mi nic mówić, ja wiedziałam i myślałam o tym, jak dam radę.

No i miałaś myśli samobójcze.

Oczywiście miałam, ale tylko pod warunkiem, że poszłabym do nieba i że tam nie ma niepełnosprawności naszych dzieci. Teraz nie wiem, kiedy przeleciało tych 20 lat, a ja cały czas jestem w kieracie ćwiczeń, obowiązków, pracy i tak życie upływa.

Nie przywykłaś jednak do jej choroby.

Przywykłam, ale ciągle się boję, a nawet coraz bardziej, że gdy odejdę z tego świata, co stanie się z moim dzieckiem. Ja muszę być nieśmiertelna. Przeczytałam o jakiejś kobiecie w Irlandii, ona żyła 140 lat. Pomyślałam sobie, że może i ja dam radę. Ona tak długo żyła dla swojej ziemi, której chciano ją pozbawić. Tylko że ja nie mam ziemi.

Cały wywiad z Lucyną Malec dostępny w nowym numerze VIVY! w kioskach już od 31 października.

Co jeszcze w nowej VIVIE! 22/2018

Maciej Stuhr i fascynująca historia listu, który jego córka Matylda dostała od taty na 18. urodziny. Ewa Farna po raz pierwszy o małżeństwie i co jest dla niej najważniejsze - kariera czy szczęście? Józef Piłsudski wierny był tylko… ojczyźnie. Jak kochał jeden z najwybitniejszych Polaków? A także... Warszawę dwudziestolecia międzywojennego nazywano Paryżem Północy. Zapraszamy na sentymentalny spacer po miejscach, których już nie ma.  

Ewa Farna, VIVA! 22/2018 OKŁADKA
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Lucyna Malec, VIVA! 22/2018
Fot. Olga Majrowska

Lucyna Malec, VIVA! 22/2018
Fot. Olga Majrowska

Wideo

Poznaj jeden z największych trendów w makijażu!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Ewa Farna bez tajemnic! Takiej rozmowy jeszcze nie było!