"Kryśka, jak ty to robisz, że twoje pytania są takie durne, a wywiady takie mądre?"

Krystyna Pytlakowska, "Viva!" luty 2015
Fot. Piotr Porebsky/METALUNA

"Więcej grzechów nie pamiętam" to długi wywiad z Krystyną Pytlakowską o życiu, gwiazdach, ważnych dla niej momentach i dziennikarstwie. Tak naprawdę wszystko zaczęło się w rodzinie. Krystyna pochodzi z inteligenckiej elity. Dziadkowi Ignacemu nominację na kuratora oświaty szkolnictwa średniego podpisał sam Józef Piłsudski. W domu jej rodziców bywały wspaniałe osobistości: Hanna Skarżanka, Stanisław Dygat, Zygmunt Kałużyński, Jacek Bocheński, Józef Prutkowski, Irena Szymańska. Ojciec, Jerzy Pytlakowski, był pisarzem i radiowcem, mama Sabina – dziennikarką radiową. Rodzice przeżyli ze sobą 50 lat, zgodnie i w wielkiej miłości. Pisanie jest u nich rodzinne – brat Krystyny – Piotr Pytlakowski, jest gwiazdą dziennikarstwa śledczego w tygodniku "Polityka".


„Dziennikarstwo w moim życiu wzięło się z przypadku, ale tym przypadkiem ktoś na górze steruje”– mówi Krystyna. Dzisiaj jest kronikarką życia gwiazd. Znani ludzie ufają jej, gdyż nadaje styl rozmowom w sposób nienachalny, nienapastliwy. Nie prowadzi śledztwa. Woli ujawniać dobre strony życia. „Ja bardzo szanuję każdego mojego bohatera i zawsze czuję się o »oczko» niżej niż on. »Z duszą na ramieniu» – to uczucie towarzyszy mi często do dzisiaj. Jeżeli nie ma takiej niepewności i tremy, jeśli nie ma się pokory, to nie powinno się pracować w tym zawodzie” - mówi dziennikarka "Vivy!" i twórczyni nowego w Polsce stylu w prowadzeniu wywiadów.

 

W książce znajdziecie kilkaset nazwisk i opowieści o ludziach, którzy dzięki swoim dokonaniom już przeszli do historii. Gustaw Holoubek, Adam Hanuszkiewicz, Beata Tyszkiewicz, Tadeusz Konwicki, Lech Wałęsa, Elżbieta Bieńkowska, Maryla Rodowicz, Krystyna Janda, Agnieszka Osiecka, Grażyna Torbicka, Agata Młynarska, Zbigniew Zamachowski, Mariusz Szczygieł, Janina Paradowska, Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski – to tylko niektóre z nich.

 

"Więcej grzechów nie pamiętam" to świetny bożonarodzeniowy prezent. Dla całej rodziny. Przeczytajcie fragmenty, które specjalnie dla viva.pl wybrała autorka Marzena Reinert:

 

Krystyna Pytlakowska,
Fot. Piotr Porebsky/METALUNA

 

ZAJARAMY? – ZAPYTAŁ HOLOUBEK

 

– A ty należałaś do partii?
– Nie, nigdy. Polityka długo w ogóle mnie nie interesowała. Nie byłam też koniunkturalistką. Nie należałam nawet do ZMS-u. O świat polityki otarłam się w 1968 roku. Byłam jedną ze studentek pierwszego roku biegającą po Krakowskim Przedmieściu, chowającą się w kościele Świętego Krzyża i krzyczącą „Gestapo!”. Przerobiłam to wszystko na własnej skórze. Po wiecu zostałam spałowana wraz z innymi studentami pod Politechniką Warszawską, w panice usiłowałam wdrapać się na drzewo, tłum mnie zrzucił, dopadli zomowcy i potwornie mnie wtedy zbili. Bałam się, że odbili mi nerki. Byłam bardzo młodą, naiwną dziewczyną.
– Ale chciałaś zmieniać świat?
– Bardzo chciałam, choć to nie było takie jeszcze świadome. Raczej intuicyjne. Myślę, że to się zaczęło jako przygoda… że coś się dzieje. Ale z pewnością coś we mnie zakiełkowało wcześniej, w momencie, kiedy cenzura zdjęła „Dziady” w Teatrze Narodowym. Ja to ostatnie, czwarte przedstawienie Dejmka widziałam. Było wspaniałe. Gustaw Holoubek jako Konrad, ze swoim dobitnym, intelektualnym aktorstwem, a cały spektakl pełen czytelnych aluzji politycznych. Tłum to podchwycił. Mnie też to wtedy porwało.
– Holoubek po tej roli stał się sławny.
– Nie, już wcześniej był popularny i sławny. Jednak wtedy pokochałam Holoubka po wsze czasy. Ciekawe, że poznałam go, kiedy byłam dwunastoletnią dziewczynką. Z moją ciocią Ireną Szymańską grywał w karty.
Poprosiła, żebym po coś przyszła do niej. I wtedy przedstawiła mnie Holoubkowi. On tego po latach oczywiście nie pamiętał, ja za to bardzo dobrze. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Byłam stremowana, nie mogłam słowa wykrztusić. Nie przypuszczałam nawet, że kiedy dorosnę, zrobimy niejeden wywiad. Gdy zatelefonowałam do niego, prosząc o rozmowę do „Vivy!”, zapytał: „A o czym będziemy rozmawiać?”. „Jak to o czym? O miłości”. „A to dobrze, bo ja teraz mogę mówić już tylko o miłości”. Uwielbiałam jego
poczucie humoru. Pod koniec jego życia byliśmy zaprzyjaźnieni. Właściwie bardzo niepokornie i nieskromnie mówię „zaprzyjaźniliśmy się”. Holoubek mnie zaszczycił dopuszczeniem do siebie, do swojego domu, do żony Magdy Zawadzkiej, z którą do dziś łączą mnie bardzo serdeczne więzi, do bliskości z nim, do opowiadania o sobie. Opowiadał mi różne rzeczy, potem już bardzo poufne, sypał anegdotami, a ja po prostu słuchałam. W styczniu 2008 roku przyszłam na Narbutta właściwie pożegnać się. Wszyscy już mówili, jak bardzo jest chory. Leżał na rozłożonym łóżku-kanapie. Ucieszył się na mój widok. „Zajaramy?” – zapytał. Pomyślałam, że teraz już niczego nie powinno mu się odmawiać. Pokój wypełnił się kłębami dymu, a Gustaw puścił do mnie oko: „Zaraz przybiegnie pani Basia, myśląc, że wznieciliśmy pożar”. Pani Basia opiekowała się Gustawem, gdy Magda Zawadzka grała. Przypominam sobie to uczucie, gdy nie wiadomo, co właściwie powiedzieć. Ktoś umiera, ale udajemy oboje, że to nieprawda, że to tylko taki kaprys, zwykła choroba.

„Śmierć to jakiś żart” – powiedział mi kiedyś i powtórzył to potem w filmie swojego syna Jasia. Schodziłam ze schodów, dusząc się od łez. Wiedziałam, że Gucia (pozwolił mi tak mówić do siebie) już nie zobaczę. Dzisiaj chciałabym coś dla niego zrobić. Dlatego włączyłam się do walki o przywrócenie Teatrowi
Dramatycznemu jego imienia. Nie rozumiem, jak mogło do tego dojść, że je odebrano. Nigdy nie będzie już twórcy tej miary. Niektórzy ludzie są naprawdę nie do zastąpienia. Ale urzędasy wiedzą lepiej.

 

REGUŁA WZAJEMNOŚCI


– Wspominałaś, że kiedyś Daniel Olbrychski powiedział: „Kryśka, jak ty to robisz, że twoje pytania są takie durne, a wywiady takie mądre?”. Obraziłaś się?
– Coś ty. Myślę, że to problem niezrozumienia istoty wywiadu prasowego. Zadaje się wiele pytań pomocniczych, których potem w tekście nie ma. Zostają tylko te kluczowe, najważniejsze. To tak, jak rozmowa z kimś bliskim. Kontakt z nim. Wtedy się nie myśli, czy się ciągnie wątek i jaki będzie końcowy efekt. To polega na uważnym słuchaniu. Na zatrzymaniu się na czymś, co słuchającemu wydaje się akurat w tym momencie ważne. Rozmówca zastanawia się wówczas, wraca, myśli o tym, co sobie nie do końca przedtem uświadamiał. Po prostu wchodzi „głębiej w siebie”, a ja mu pomagam.
– Czyli psychologiczna reguła wzajemności.
– Są dwie szkoły. Jedna – dziennikarskiej agresji. Dziennikarz staje w opozycji i rozgrywa mecz z bohaterem. A druga – empatyczna, polegająca na wczuciu się w sytuację bohatera, w jego życie, i zastanowieniu się, czy ja bym chciała odpowiedzieć na takie pytanie.
– A w czyich „butach” czułaś się najlepiej?
– Oj, zadajesz mi trudne pytania. Jak się zrobiło tyle wywiadów, trudno sobie przypomnieć.
– Ale pierwsza myśl, pierwszy bohater…
– Są osoby, które są jakby z mojej bajki. Na przykład świetnie czułam się w „butach” Janiny Paradowskiej, znakomicie w „butach” Mariusza Szczygła. W ogóle to ja się dobrze czuję w „butach” dziennikarza. Dlatego, że to jest właśnie moja bajka, gdy rozmawiam z dobrym dziennikarzem. I Mariusz Szczygieł taki jest. Bardzo dobrze czułam się również w „butach” Agaty Młynarskiej, Moniki Richardson, Alicji Resich-Modlińskiej. To są osoby, które znają i czują ten zawód, są profesjonalne. Agata chociażby wyrosła na rasową dziennikarkę telewizyjną i prasową. Robi świetne rozmowy.
A Monika? Niektórzy w środowisku mają jej to za złe, że związała się ze Zbyszkiem Zamachowskim. A ona zakochała się, po prostu. Na zakochanie nie ma rady. W miłości nie ma racjonalności. On jest człowiekiem, który nie lubi dziennikarzy, ucieka od nich. Ona więc też zaczęła trochę uciekać. Życzę im jak najlepiej, myślę, że im się uda – to zaleta związków w dojrzałym wieku. Kiedyś byłyśmy bardzo zaprzyjaźnione. Odwiedzałyśmy się w domach, byłam na chrzcinach córeczki Moniki w Anglii. Ale nasza znajomość się rozluźniła, nawet nie wiem, dlaczego.
– Przykro ci z tego powodu?
 – Zawsze jest przykro, gdy coś się kończy. Ale ja sumienie mam czyste – nigdy Moniki nie zawiodłam. Do przyjaźni podchodzę bardzo poważnie. Poważniej niż do miłości (śmiech). Teraz jednak właśnie od niej dostałam esemesa z gratulacjami po wywiadzie z Elżbietą Bieńkowską.
– A w czyich „butach” było ci bardzo niewygodnie?
 – Znowu przemilczę. Ale chyba czułabym się źle w „butach” znanych modelek. Ich życie jest mi kompletnie obce. Mamy inne priorytety. Chociaż… miłe było spotkanie z Joanną Krupą i jej siostrą. Ale rozmawiałyśmy o życiu, a nie o modzie. A ja jestem od życia.

 

Krystyna Pytlakowska,
Fot. Piotr Porebsky/METALUNA

 

ZATOPIONA W MYŚLACH SZAPCIA

 

– Zupełnie odmienna, ale równie interesująca jest inna gwiazda – Grażyna Szapołowska. Zrobiłaś z nią kilka ciekawych rozmów.
– A wiesz, że wcale się na to nie zapowiadało? W życiu nie przypuszczałam, że będę się z Grażyną przyjaźnić, zwłaszcza po naszym pierwszym kontakcie.
– Jakaś niespodzianka?
– Wielka niespodzianka. „Viva!” dopiero raczkowała, kiedy zlecono mi wywiad z Grażyną. Ona wtedy była po wypadku na łodzi, miała poharatane kolano. Umawiałyśmy się więc na Legii, gdzie odbywała rehabilitację. Pojechałyśmy też na karpia pod Warszawę, blisko Magdalenki. No i spotkałyśmy się raz w Bristolu. Kiedy już wysłałam wywiad do autoryzacji, po dwóch dniach Grażyna zadzwoniła, mówiąc, że ona jednak woli, żeby rozmawiał z nią mężczyzna. „Ale ja jestem taka męska” – odparłam. „Pani? Nieee, pani jest bardzo kobieca”. No i tak wywiad szlag trafił. Przez kilka lat nie wracałyśmy do siebie, w końcu zaryzykowałam i zadzwoniłam. Zgodziła się na rozmowę i tym razem poszło już bez problemów. Grażyna jest specyficzną osobą. Cały czas obserwuje, myśli, pointuje. Albo się ją akceptuje ze wszystkimi jej nastrojami, niedopowiedzeniami, zamyśleniami, albo nie ma czego u niej szukać. Ja ją akceptuję. I jest to akceptacja wzajemna. Lubię posiedzieć u niej w ogrodzie, lubię jeść chleb pieczony w domu, lubię słuchać jej myśli. Szapcia nie jest specjalnie rozmowna. Zatopiona w swoich przemyśleniach, czasem cię do nich dopuszcza. A odkąd pisze opowiadania, czujesz, że właśnie jedno z nich się w niej rodzi i nie należy jej przeszkadzać. A za moment zaskakuje cię. „Jak się czujesz?”, pyta. „Może zrobić ci sałatkę?”.
Jest opiekuńcza. Dobry człowiek. Inna, niż ją widzą ci, którzy jej nie znają. Jeździ na cmentarz dla zwierzaków na grób ukochanej suki. Tam rozmawia ze zwykłymi ludźmi. Zachwyca się nimi. O Grażynie można by napisać całą powieść. Czasem nam się zdaje, że ktoś jest ostry, powierzchowny, a może się okazać, że wcale tak nie jest, że to jest zupełnie inny człowiek, ciepły, otwarty. Może potrzebuje odpowiedniego otoczenia, jakiejś kameralności. Niektórzy z kolei wydają się skromni, a wcale tacy nie są.
– Leszek Balcerowicz jest odbierany jako mężczyzna zimny i niedostępny, według powszechnej opinii jest jak ściana, poza którą nie widać człowieka ani ludzkiej twarzy.
 – A z tego wywiadu, którego udzieliła mi jego żona, to wynikało, że jest wręcz przeciwnie, że jest niezwykle ciepłym człowiekiem, dobrym ojcem. I to się sprawdza, nie jest bohaterem żadnych skandali obyczajowych. Cały czas ma tę samą żonę, dzieci już pewnie poszły swoją drogą. Ale pamiętam takie zdjęcie umieszczone w mojej książce „Lwy (nie)ujarzmione”, jak on trzyma córeczkę na rękach z wielką miłością. Dlatego uważam, że przełamywanie takich stereotypów, które mamy wobec znanych ludzi, jest dziennikarską powinnością. To się dzisiaj nazywa ocieplanie wizerunku.

 

Krystyna Pytlakowska,
Fot. Piotr Porebsky/METALUNA

 

MAŁYSZ, LOTTO, LABRADORY

 

– Robisz wywiady nie tylko z aktorami czy politykami, widziałam kilka twoich rozmów z wielkimi sportowcami. Nie wiedziałam, że interesujesz się sportem. Wspominałaś, że twój brat z ojcem oglądali mecze, a ciebie to kompletnie wtedy nie obchodziło.
– Ale to się zmieniło. Teraz te sportowe emocje są dla mnie czymś bardzo pociągającym. A od kiedy zaczął zwyciężać Adam Małysz, pokochałam też skoki narciarskie. I chociaż z Adamem nigdy nie udało mi się rozmawiać, bo albo był na zgrupowaniach, albo na zawodach, to krążyłam wokół niego z uporem. Zrobiłam wywiad z jego żoną, Izą. Ba, poznałam nawet rodziców Adama Małysza. I to była cała historia, którą można by nawet sfilmować. Moi szefowie wymyślili przed którąś Wielkanocą, żeby zrobić reportaż o Wiśle, pogadać z rodziną Adama Małysza, jego znajomymi itd. Pojechałam więc do Wisły z ekipą fotograficzną. Z nikim wcześniej się nie umawiałam, bo kiedy dzwonisz, to zawsze możesz usłyszeć odmowę. I wtedy już umarł w butach – pomysł jest spalony. Przybyłam więc do Wisły na wariata, oczywiście ludzie powiedzieli mi, gdzie jest dom rodziców Małysza, gdzie pracuje jego mama – w dużym sklepie typu dom towarowy, i gdzie Jan Małysz, ojciec skoczka, chodzi na zebrania związku narciarskiego. Byłam wyposażona w pełną wiedzę. Nie chciałam nikogo nachodzić w domu niespodziewanie, ale wtedy pani Małyszowa miała wolny dzień i w pracy jej nie było. Kupiłam więc wielki bukiet i zapukałam do niewielkiego domu. Przyjęła mnie sympatycznie, chociaż niespecjalnie wylewnie. Ale porozmawiałyśmy sobie o tym, jakim Adaś był dzieckiem, jak zaczynał uprawiać sport, jak się uczył. Chciałam jeszcze rozmawiać z ojcem Adama, ale dowiedziałam się, że podobno nie ma go w domu, chociaż nigdzie nie wyjechał. Postanowiliśmy więc z fotografem poczekać przy drodze – była piękna słoneczna pogoda. Kupiliśmy sobie jakąś colę, kanapki i koczowaliśmy pod domem Małyszów. Nagle czerwony błysk i z bramy w dzikim pędzie wyprysnęła jaskrawa fiesta, po czym minęła nas i pognała w kierunku miasta. A wiedzieliśmy, że właśnie taką fiestę ma pan Jan Małysz. My też w samochód i jazda za nią. Namierzyliśmy autko przy rynku, ale puste. I nikt nie chciał nam powiedzie, gdzie podział się kierowca.
Cała Wisła chroniła Małysza seniora przed nami, ale pan Jan nie domyślał się, że trafiła kosa na kamień i że ja tak łatwo nie odpuszczam. Dowiedziałam się, że o godzinie siedemnastej ma być zebranie, na którym on jako działacz będzie obecny. Warowałam tam więc od szesnastej. Pojawił się w ostatniej chwili i znowu usiłował przede mną uciec, ale chwyciłam go za rękaw i powiedziałam: „Panie Janeczku, przecież ja tu zawału przez pana dostanę”. A on na to: „To czemu mi przysyłają chorą dziennikarkę?”. Ale już wiedział, że się nie wymiga, więc umówiliśmy się na krótką rozmowę po zebraniu. Odbyła się już bez przeszkód. Wcale się nie dziwię, że rodziny sportowców, którzy odnoszą takie sukcesy, mają dosyć mediów, ale z drugiej strony nie dociera do nich, że ta sława kiedyś się skończy i mało kogo będzie obchodzić, co po latach robi były mistrz świata. Dziennikarstwo wymaga aktualności.
Dobrze to rozumie ojciec Kamila Stocha, który robi wszystko, żeby dziennikarzom ułatwić życie – może dlatego, że jest psychologiem i zdaje sobie sprawę z mechanizmów, jakie rządzą mediami. Jest naprawdę wspaniałym góralem. Kontakt z nim nie zakończył się na mojej jednej wizycie w Zębie. Wymieniamy czasem esemesy i mam nadzieję, że darzy mnie podobną sympatią, jak ja jego. No i oczywiście Kamila też. Poznałam go i jego żonę Ewę rok przed olimpiadą. Świetny chłopak, a ona nie tylko ładna, ale i ambitna. Nie ma zamiaru żyć w cieniu męża, chociaż stara mu się zdjąć z głowy różne codzienne kłopoty. Właśnie dostałam zaproszenie na wystawę jej fotografii w Centrum Olimpijskim. Myślę, że będą żyć długo i szczęśliwie. Kamil zapowiedział, że zajmą się teraz swoimi planami, czyli potomkiem. A ja już ze strachem myślę o tym, że będę musiała namówić ich na sesję z dzidziusiem (śmiech).
– Dużo robisz takich "babskich" rozmów?
 – Na ogół są to właśnie takie rozmowy. Jeżeli wspominam o tych mniej udanych, stresujących, to dlatego, że się je lepiej pamięta. Gdybyś mi kazała wymienić najmilsze wywiady, miałabym kłopot. Lista byłaby długa. I myślę, że to jeden z magnesów, który trzyma mnie przy tym zawodzie. Chyba że… wygrałabym w lotto.
– A jakbyś wygrała, to co?
 – Przede wszystkim spłacę moje kredyty hipoteczne, kupię sobie dom na wsi, albo wybuduję, może nawet tam, gdzie mam ziemię na Warmii, i założę hodowlę psów. I napiszę kolejne książki, żeby nie zgłupieć doszczętnie.
– Hodowlę czy schronisko?
 – Hodowlę, na schronisko daję datki. Nie mogłabym psychicznie unieść ciężaru schroniska i losu tych nieszczęsnych zwierząt. To jest coś, co mnie zawsze porusza, zawsze boli. Pamiętam, jak przyszła Doda, była akurat taka sytuacja, że sądzono trzech młodych ludzi, którzy gdzieś pod Muszyną przywiązali psa husky ze schroniska do samochodu, ciągnęli go i łeb mu urwali. I my planowałyśmy zemstę na nich. Takie odreagowanie. Pojedziemy, ja pożyczę od mojej przyjaciółki Hanki Fołtyn wiatrówkę. Jak będą wychodzić, to się zaczaimy i po prostu strzelimy im w tyłki, żeby bolało. Nie zabijemy, bo zabić to nie sztuka, tylko chodzi o to, żeby trochę pocierpieli fizycznie.
– Czyli hodowla psów. A wiesz już, jaka to będzie rasa?
 – Myślę, że labradorów – to są najukochańsze psy na świecie, a może innych... Sama miałam kilka kundli ze schroniska. Nie kupuję rasowych psów, tylko biorę ze schroniska kundle. W tej chwili też mam psa ze schroniska.
– Zresztą charakternego. Szczerze mówiąc, jestem mu wdzięczna, że jeszcze mnie nie pożarł. Nie bez kozery nosi staropolskie imię, które oznacza „gagatka”.
 – Charakternego. Kiedy go adoptowałam cztery lata temu, miał już sześć lat i żadnej szansy na adopcję. Takiego dojrzałego psa ludzie się boją, a jeszcze do tego takie kundlisko! Basałyk ma charakter i za to go uwielbiam. Zawsze go bronię. Wpatruje się we mnie rozkochanym wzrokiem. Mówię wtedy: „I co ty sobie myślisz? Kocham tę kobietę?”. A on potakuje. Prawdę mówiąc, dla mnie ludzie, którzy nie mają psa lub kota, są znacznie ubożsi emocjonalnie. Myślę, że Zofia Czerwińska podpisałaby się pod tym zdaniem od razu. Jest z mojej zwierzęcej bajki. Podobnie zresztą jak jej przyjaciel Mariusz Szczygieł. Wiesz, co sobie teraz uświadomiłam? Że większość gwiazd, które tak lubię, ma jakieś zwierzątko. No i znalazłam zasadę, jaką się w życiu kieruję…
 – Zrezygnowałabyś z zawodu dziennikarza?
– Często myślę o tym, kiedy jestem bardzo zmęczona, ale przychodzą potem takie chwile, gdy nie oddałabym go nikomu za żadne skarby. Wiesz, to są takie olśnienia, wydaje ci się, że już wszystkich znasz i posiadłaś całą wiedzę o życiu i nagle pierwszy raz jedziesz do rozmówcy i okazuje się on niezwykle głębokim, wrażliwym człowiekiem, z którym w dodatku odbierasz na tej samej fali. Tak było z Janem Jakubem Kolskim, którego dość długo namawiałam na tę rozmowę – ale nienachalnie, delikatnie. Rozumiałam, co czuje po śmierci swojej córki w wypadku, i zastanawiałam się, czy ja potrafiłabym z tym żyć dalej. On nie potrafi, ale musi. Każde jego słowo zapadało we mnie tak, jakbym to ja je wypowiadała. Powiedział mi później, że jest we mnie jakaś mroczność. Rzeczywiście rzadko robię takie z gruntu figlarne, wesołe wywiady. Chociaż życie składa się i z takich momentów – nanosekund, jak nazwał to Kolski. Miałam ochotę przytulić go i pogłaskać jak małego chłopca. Z trudem udało mi się opanować ten odruch.

 

Okładka książki o Krystynie Pytlakowskiej
Fot. Edipresse

Okładka książki "Więcej grzechów nie pamiętam"

 

 

POWROTY


– Wielokrotnie robisz rozmowy z tymi samymi bohaterami. Nie bywa to nudne?
– Na pewno nie. Za każdym razem to przecież inna rozmowa. Z Marylą Rodowicz mogłabym gadać godzinami. Podobnie jak z Danielem Olbrychskim. Wracam też często do Ewy Błaszczyk. Pierwszy wywiad zrobiłyśmy niedługo po wypadku Oli, jej córki, która zakrztusiła się tabletką. To była jej pierwsza rozmowa na ten temat. Później spotykałyśmy się jeszcze kilkakrotnie. Ostatnio przed otwarciem kliniki „Budzik” – rozmowa z Ewą i jej drugą córką – Mają. Wywiady z Ewą są konkretne, nie ma w nich zbędnych słów, a jednocześnie są bardzo głębokie, bo dotyczą sedna życia. Takiego wywiadu nie udzieli ktoś, kto niczego nie przeżył. Wracałam też do Hanuszkiewicza. Z Hanuszkiewiczem chciałam zrobić wywiad przed jego śmiercią, kiedy już właściwie leżał i był w bardzo głębokiej depresji. Wtedy w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać. Chociaż potraktował mnie jak zawsze życzliwie, to oddał słuchawkę swojej żonie Magdzie Cwen. Powiedziała, że on się teraz do udzielania wywiadu nie nadaje, kilka miesięcy potem już nie żył. Myślę, że umarł na własne życzenie. Nie chciał już żyć.
– Chorował?
– Nawet nie wiem, czy on chorował. Na pewno był w stanie depresyjnym, jakiś czas mieszkał w Skolimowie, ale to, moim zdaniem, mu nie tylko nie pomogło, ale może wręcz zaszkodziło. To nie był człowiek, który utożsamiał się z ludźmi w jego wieku. To był ciągle chłopiec – piękny, przystojny chłopiec. Pamiętam moje zauroczenie błękitem jego oczu, kiedy byłam jeszcze studentką i chodziłam na jego przedstawienia do teatru, jak oglądałam go na scenie i słuchałam. To był mężczyzna, w którym prawie każda kobieta zdolna byłaby się zakochać.
– Łamał serca nagminnie.
 – Tak, łamał serca swoją osobowością, swoim urokiem, przy czym ja nie chciałabym być jego żoną i myślę, że Magda przeszła z nim swoją golgotę. Może przechodzili tę golgotę wspólnie. Ale potem pamięta się i mówi tylko o dobrych rzeczach, takie cechy charakteru, które mogą nieść o człowieku złą opinię, są pomijane. Uważam, że to jest niedobre, bo za sto lat nikt nie będzie się zastanawiał nad tym, czy Hanuszkiewicz miał rację. Będzie się go postrzegać jako tego aktora, którego pamięta się ze sceny, z jego książek. Wiadomo, że w książkach ludzie się wybielają, ja też się wybielam.
– W książkach koloryzuje się rzeczywistość?
 – Tak, niemniej jednak był to przede wszystkim lowelas, uwodziciel. On uwodził każdego. Był do tego stworzony. Miał taką osobowość.
– Dla żony to musiało być bardzo trudne.
 – Niewątpliwie. A życiem przepłacił fakt, że odebrano mu teatr przy Puławskiej. Gdzie mieścił się Teatr Nowy, jest sklep Carrefour. Znak naszych czasów. Przygnębiające.

 

Krystyna Pytlakowska,
Fot. Piotr Porebsky/METALUNA


WEDLOWSKIE CZEKOLADKI I CZARNY STRÓJ


– Z Ireną Kwiatkowską rozmawiałaś pewnie nieraz, mam tu wywiad pod tytułem: „Kto na ochotnika oprócz Kwiatkowskiej?”.
– Taki był tytuł?
– To było w 2002 roku.
– To był wywiad, którego mi raz udzieliła, jeszcze w mieszkaniu na Tamce. Pamiętam, że pomogła mi przy tym wywiadzie Beata Tyszkiewicz, ona mnie z nią umówiła. Kiedy wcześniej do niej dzwoniłam i chciałam, żeby się ze mną spotkała, odmówiła, powiedziała, że jest chora, ma rwę kulszową. To kazałam jej łykać witaminę B jeden. Ucieszyła się z tej podpowiedzi i myślę, że łykała, bo potem już nie narzekała na tę rwę. Ale mówiła, że jest zmęczona. Odpowiedziałam: „Co pani mówi, przecież pani ma niespożyte siły”. „Oj, spożyte, spożyte…” – powiedziała swoim głosem „kobiety pracującej, która żadnej pracy się nie boi”. Okazała się szalenie smutną osobą. To nie był wcale jakiś gejzer dowcipu, tylko wdowa, cały czas opłakująca swojego męża Bolesława Kielskiego, kobieta jednego mężczyzny. Była też mocno religijna, żeby nie powiedzieć: fanatycznie, miała ścisłe kontakty z ojcem Rydzykiem. Ale miała też świetną pamięć i o pracy opowiadała niezwykle ciekawie, o wiele ciekawiej niż o swoim życiu prywatnym. Potem się dowiedziałam, że rodzina umieściła ją w Skolimowie, a to mieszkanie na Tamce zostało sprzedane. To było takie niewielkie, skromne mieszkanie – tyle tylko, że w dobrym punkcie. To nie jest tak, że wielkie gwiazdy opływają w wielkie bogactwo. Nieraz to się sprawdziło.
 – Zwłaszcza te z pokoleń starszych, a naprawdę wielkie i utalentowane…
– To nie była taka aktorka, z którą można się było zaprzyjaźnić, pomagać jej, doradzać, która by w trudnej sytuacji zwróciła się o pomoc. Wywiad przeleciał, było, minęło… Ona zresztą udzieliła bardzo niewielu wywiadów. Za swój sukces uważam to, że udało mi się do niej dotrzeć. Aha, lubiła czekoladki wedlowskie. Przyniosłam bombonierkę i od razu na wstępie miałam fory.
 – Znalazłam też twój wywiad z Hanką Bielicką.
– O, to była prawdziwa gwiazda, mieszkała chyba przy Śniadeckich, w dużym apartamencie. Stare meble, lustra w kwiaty. Byłam pewna, że jakbym zajrzała do sypialni, to znalazłabym tam łoże z baldachimem. To była zabawna rozmowa, bo w przeciwieństwie do Ireny Kwiatkowskiej, Hanka Bielicka tryskała humorem, sypała anegdotami i zwierzała się erotycznie.
 – Ooo… Co ci powiedziała?
– Na przykład, że była bardzo zimna w tych sprawach, kompletnie jej nie ciągnęło do seksu i że wielbicieli dopuszczała tylko do górnej połowy. Pewnie dlatego też rozwiodła się ze swoim mężem, przystojnym aktorem Jerzym Duszyńskim, który wolał jednak kobiety z temperamentem.
 – Nie robiłaś dużo wywiadów ze starszymi artystkami. Młodszych w twoim dossier jest o wiele więcej. Które z nich zapamiętałaś jako najciekawsze?
 – Myślę, że ostatnio bardzo fajnie mi się rozmawiało z Agnieszką Maciąg. To naprawdę był dobry wywiad: o narodzinach, nie o smutku, ale o radości. Gdybym mogła, tobym rozmawiała z ludźmi tylko o ich szczęściu. Z Agnieszką długo trwało nasze umawianie się. Umawiałyśmy się, jeszcze zanim urodziła się jej córeczka, potem czekałam, aż córeczka trochę podrośnie, żeby Helenka miała przynajmniej kilka miesięcy. Ale jak już się spotkałyśmy, to nie musiałam zadawać pytań. Agnieszka sama chciała mi opowiedzieć, jak to było. Cały czas była przejęta tymi narodzinami, tym świeżym macierzyństwem. Właściwie to była taka rozmowa pełna euforii. Ja kocham takie wywiady, niezwykle szczere, pełne optymizmu. Warunkiem powodzenia jest świadomość, że rozumie się bohatera i odbiera się na podobnej fali. Rozumiesz, co on chce do ciebie powiedzieć, co on chce przekazać. Ważne, żeby udzielający wywiadu – bohater rozmowy – czuł się przy dziennikarzu bezpieczny. Myślę, że przy mnie większość osób tak się czuje. Chyba dowodem jest liczba tych rozmów, jakie przeprowadziłam.

 

Rozmawiała Marzena Reinert

 

Może Cię również zainteresować:

Tyszkiewicz, Olbrychski, Rodowicz... Gwiazdy spełniają nie tylko swoje marzenia! Czego dotyczy Projekt Marzenie?

Źródło: materiały prasowe

Tworzone przez

 

Najczęściej czytane

Top Video

Top Galerie

VIVA! NA INSTAGRAMIE