WSPOMNIENIE

Kora odeszła, ale jej piosenki zostaną na zawsze. Drugiej takiej nie będzie…

„Na całe życie można się ze śmierci wyleczyć”

KATARZYNA SIELICKA 12 sierpnia 2018 11:01

„Nie chcę umierać od momentu, kiedy prawie umarłam. Na całe życie można się ze śmierci wyleczyć”, powiedziała przed laty w rozmowie z Krystyną Pytlakowską. Jako dziecko i młoda dziewczyna dwa razy próbowała popełnić samobójstwo. Zmagała się z depresją i chorobą nowotworową, na którą ostatecznie zmarła. Odeszła, ale jej piosenki zostaną na zawsze. Kora. Drugiej takiej nie będzie.

Choć wyrok – rak jajników w najcięższym stadium – usłyszała pięć lat temu, jej śmierć była bolesnym zaskoczeniem. Nie tylko dla fanów Maanamu. W sobotni ranek 28 lipca bliscy poinformowali, że odeszła i wtedy ruszyła lawina wspomnień. Teledyski, cytaty z wywiadów, zdjęcia, a przede wszystkim piosenki uświadomiły ludziom, jak ważna była dla nich dziewczyna, która w 1980 roku wyśpiewała w Opolu swój pierwszy wielki hit – „Boskie Buenos” z taką pasją, że… pękły jej spodnie. A potem została ikoną następnych pokoleń. „Co ją różniło od innych ludzi? Wszystko”, uważa przyjaciółka Kory Hanna Bakuła. „Poza tym, że miała dwie ręce, dwie nogi, głowę i tak dalej, w niczym nie przypominała nikogo. Była absolutnym unikatem. Doskonała w swojej urodzie, osobowości. Kiedy do mnie przychodziła zawsze ją malowałam. Bo szkoda mi było czasu”.

„Marek Jackowski, mój świętej pamięci pierwszy mąż, gdy spadaliśmy z prowadzenia na listach przebojów, miał do mnie pretensje, że nie jestem dziewczyną z sąsiedztwa. Bo wtedy bylibyśmy – według niego – bardziej popularni. »No nie jestem dziewczyną z sąsiedztwa«, mówiłam. Pani zza ściany ma całkiem inne problemy niż ja”, mówiła Kora rok temu w wywiadzie dla „Newsweeka”.

Była inna. Powiedzieć, że miała trudne dzieciństwo, to nic nie powiedzieć. „Przeszłam w życiu przez takie sytuacje, w których ludzie się degenerują. A ja przebrnęłam przez to bagno otaczające mnie w zasadzie nietknięta. W sensie psychicznym i fizycznym”, napisała w autobiografii „Podwójna linia życia”.

Przychodzę do was z półświata

Urodziła się jako Olga Aleksandra Ostrowska 8 czerwca 1951 roku w Krakowie jako najmłodsze, piąte dziecko nauczycielki Emilii Siarkiewicz i Marcina Ostrowskiego. Oboje pochodzili z Kresów. Ojciec Olgi przed wojną był komendantem policji w Buczaczu. Cudem przeżył wejście wojsk radzieckich i przeprowadzoną przez NKWD eksterminację inteligencji. Jego pierwsza żona i dwie córki zostały wywiezione na Sybir. Żony już nie zobaczył. Po wojnie nie umiał poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Rodzina Ostrowskich zamieszkała w pralni, w jednym pokoiku z kuchnią w suterenie krakowskiej kamienicy. „Jako mała dziewczynka żyłam w wielkiej nędzy”, wspominała Kora.

Gdy Olga miała cztery lata, matka zapadła na gruźlicę. Dziewczynka wraz ze starszą o siedem lat siostrą Anią trafiła do prowadzonego przez zakonnice domu dziecka w Jordanowie, gdzie spędziły pięć koszmarnych lat. „Dzieci były bite różańcami, ciągnięte za uszy. Ja miałam zupełnie naderwane. Tak nas karano, żeby zmniejszyć poczucie własnej wartości”. Oldze nie wolno było spotykać się z Anią. Uciekała w świat wyobraźni. Czytała już jako pięciolatka. Za czytanie w nocy zakonnice ukarały ją zakazem korzystania z biblioteki. Karano ją za moczenie się w nocy, zabrudzenie białych rajstop.

„Byłyśmy w ciągłym napięciu, zawsze niespokojne. (…) Człowiekowi wydaje się, że jest niewidziany, niedostrzegany, nikt go nie kocha, nikt nie chce. Ogromna potrzeba czułości zostaje na całe życie”. Po latach w piosence „Zabawa w chowanego” wyzna, że była molestowana przez księdza. Gdy wraca z domu dziecka, ojciec umiera nagle na zawał. Matka ledwo radzi sobie z utrzymaniem rodziny, ale dba o to, żeby córki były zadbane, dobrze wykształcone. Chodzą do teatru, opery. Z wychowaniem synów Emilia radziła sobie gorzej. „Byli potworami. Nienawidziłam ich”, powie o nich Kora. Skończyli jako alkoholicy.

Bardzo brakowało jej własnego kąta. Uciekała z domu. Wiele miesięcy spędziła w szpitalu, gdzie leczyła gruźlicę oczu. Potem trafiła do internatu. „Tak naprawdę nigdy nie było tego domu. Jeśli już tam wchodziłam, to starałam się go upiększyć, co zostało mi do dzisiaj – z każdej dziury, z każdego gówna, z każdego sracza w pięć minut robię coś przyjemnego”. Zdolności plastyczne dziedziczy po mamie. Wiele lat później zacznie malować Madonny. W jej domu na Roztoczu obrazy wiszą nawet w pomieszczeniach dla alpak.

Tysiące twarzy, setki miraży

„Moja próba samobójcza to absolutna klasyka wśród młodych, którzy nie mają swojego miejsca w świecie i są bardzo wrażliwi”, powiedziała w jednym z wywiadów dla VIVY! Miała kilka lat, gdy wzięła wszystkie tabletki, jakie znalazła w domu, i „popiła” śniegiem z podwórka. Kilkanaście, gdy podcięła sobie żyły w łazience. Była już wtedy hippiską – jedną z pierwszych w Polsce.

Pierwsze narkotyki zażywa na jakiejś łączce pod Zakopanem. „Byłam niewinną dziewczyną, aż pewnego razu w deszczu objawiło się mnie i chłopakowi o pseudonimie »Pies« (Ryszard Terlecki – obecnie wicemarszałek Sejmu z ramienia PiS), że się bardzo kochamy. Tak bardzo się wtedy zakochałam, że straciłam swoją osobowość”. Dużo jeździ po Polsce z Psem i najlepszą przyjaciółką Galią. Któregoś dnia wpadają na pomysł, żeby wymyślić sobie pseudonimy. Olga zostaje „Korą”. Biorą dużo fenmetrazyny – jugosłowiańskiego leku na odchudzanie podobnego do amfetaminy.

Kora ma długie, ciemne włosy, jest bardzo szczupła, ale „ferma” wyraźnie jej nie służy – ma tysiące pomysłów na różne projekty. Żadnego nie realizuje. Rozstaje się z Psem. „Bardzo mnie dręczył. Nasz związek miał taki trochę sadomasochistyczny charakter. Stwierdziłam, że należy to zakończyć. Zdradziłam go na jego oczach”. Zanim to się stało, potrafili przez tydzień siedzieć w domu, słuchać muzyki, malować i pisać. Wszystko na haju. Była w depresji. Miała dość. „Złamałam żyletki na pół i wsadziłam w szpary taborecika. Po kolei prawym i lewym przegubem uderzałam w te żyletki. Pamiętam, że nic nie bolało i było to zero przeżycia. Zamiast, jak sobie wyobrażałam, zasnąć spokojnie, zaczęłam się dusić. (…) Zapragnęłam z powrotem żyć”. Uratowała ją sąsiadka.

„Co jest moją słabością? Ja się do żadnych nie przyznaję. Gdy jednak ktoś mówi do mnie, że stałam się tym, kim jestem, bo miałam takie trudne dzieciństwo, po prostu zalewa mnie krew. Nigdy nie dopuściłam do tego, żeby ucierpiała moja godność. Nigdy się nie poddałam. Nigdy nie spadłam na dno”, powie w 2012 w VIVIE! W tym samym roku jej pies, Ramona, „dostaje” paczkę z 60 gramami marihuany. Sprawa trafia do prokuratury. W mieszkaniu Kory policjanci znajdują jeszcze trzy gramy trawy. Ale Kora od lat opowiadała się za jej legalizacją i przyznawała się, że kiedyś jej używała. Wierna swoim przekonaniom, kochająca wolność, demokrację, walcząca o prawa słabszych – taka była aż do końca.

Zdrada, zdrada, zdrada

Śliczną licealistkę wciąga artystyczne życie Krakowa. Krzysztofory, Piwnica pod Baranami. Osiemnaste urodziny urządza jej Wiesław Dymny, u którego akurat mieszka. Ma 19 lat, gdy w Piwnicy poznaje Marka Jackowskiego. Po koncercie jego grupy Vox Gentis siada na wzmacniaczu, macha nogami. On podchodzi, ona ucieka. I tak jeszcze kilka razy. W końcu on mówi, że ją kocha.

„Poczułam się nagle bardzo zmęczona i miałam wrażenie, jakbym dobiła do jakiejś przystani. Marek był tą przystanią”, wspominała. Przestała brać amfetaminę. Biorą ślub w grudniu 1971 roku. Kora jest już w ciąży z Mateuszem. Jej drugi syn, Szymon, przyjdzie na świat w 1976. Przez wiele lat Marek nie będzie wiedział, że nie jest jego ojcem. Kamila Sipowicza widzi po raz pierwszy w windzie bloku przy Ogrodowej. „Był szczupłym chłopcem o pięknej wilczej twarzy. Iskrzył jak zwarcie w kontakcie”, wspomina.

Marek wychowywał syna jak swojego. „(Kamil) mieszkał z matką będącą przeciwniczką naszego związku. Zaprzepaścił największe uczucie mojego życia. (…) zostałam sprowadzona do parteru, do bagna, bagna i jeszcze raz do bagna. Do nieuczciwości, zdrady, kłamstwa, rozpaczy”, pisała. Ich romans trwał z przerwami 15 lat, zanim zdecydowali się zamieszkać razem. Ślub wzięli, gdy Kora była już ciężko chora. Kamil był przy niej do śmierci. Na Roztoczu stworzyli dom, o którym zawsze marzyła.

„Chyba po 1975 roku Kora z Markiem przenieśli się do Warszawy i zamieszkali przy Ogrodowej, na terenie dawnego getta… byłam tam u nich kilka razy z Maćkiem Zembatym. Zapamiętałam dwoje małych dzieci, piękną kobietę w jakichś hinduskich giezłach parzącą cudowną herbatę… (…) Wtedy już Marek nie grał w Anawie, tylko razem z Tomaszem Hołujem, Milo Kurtisem i Jackiem Ostaszewskim stworzyli cudowny zespół Osjan. Chodziłam na ich koncerty i tam po raz pierwszy zobaczyłam Korę na scenie. Ją i Małgosię Ostaszewską, żonę Jacka (i mamę naszej słynnej Mai!). Obie niezwykłe, w jasnych szatach, na bosaka, były najpiękniejszą scenografią i czasem nuciły coś cichutko. Piękne!”, wspominała Magda Umer we wpisie na Facebooku.

Stoję, czuję się świetnie

Kora niedługo pozostała cicha. W 1976 roku dołącza do nowego zespołu Marka – Maanamu. Pisze większość tekstów piosenek. Ale na wielki sukces przyjdzie im poczekać cztery lata. Na scenie opolskiego amfiteatru w 1980 roku występuje już inna Kora. Ma krótkie włosy, punkowy image. Śpiewa głośno, ostro. „Boskie Buenos” i „Żądza pieniądza” porywają publiczność. Kora z dnia na dzień zostaje wielką gwiazdą.

Do bloku, w którym mieszka, pielgrzymują tłumy fanów. Na ścianach i drzwiach piszą miłosne wyznania. Jedna z fanek przebija opony w maluchu idolki, żeby ta choć tak dowiedziała się o jej istnieniu. Kolejne płyty sprzedają się wspaniale, co nie przekłada się na sukces finansowy. W 1981 roku Maanam daje 500 koncertów, w tym trzy jednego dnia w Sali Kongresowej. Mimo to Kora wspomina, że nie miała na tyle pieniędzy, żeby kupić przyzwoite auto. „Przez większość mojego życia nie miałam pieniędzy i uważam, że byłam bardzo szczęśliwa.

Prowadziłam bardzo ciekawe życie i to, że nie miałam pieniędzy, nie umniejszało w ogóle mojej wartości jako człowieka”, pisała. Wiele lat później, gdy zachoruje na raka, będzie zmuszona sprzedać mieszkanie i zbierać pieniądze na leczenie. Sprawa wywoła kontrowersje. Ale to dzięki determinacji Kory lek skuteczny w terapii raka jajników, Olaparib, znajdzie się na liście leków refundowanych.

Lata 80. to pasmo sukcesów w Polsce i w Europie. W 1983 Maanam nagrywa swój największy przebój „Kocham Cię, kochanie moje”. W 1984 roku, po odmowie występów dla radzieckich dygnitarzy, zespół znika z radia i telewizji. W niczym mu to nie szkodzi. „1985 (…) Maanam jest przemęczony. Muzycy mają poważne problemy z nadużywaniem alkoholu”. Kora i Marek Jackowski są już po rozwodzie. Styczniowy koncert w 1986 roku jest ostatnim. Kora ogłasza rozwiązanie zespołu. Powrócą w latach 90. w wielkim stylu. Ale czy cena za sukces nie okaże się zbyt wielka?

Śmierć jest dymem życia

„Bardzo ciężko pracowałam, taką mam konstatację, że my za dużo pracujemy. Doprowadziłam się do wykończenia totalnego, za mało odpoczywałam, za mało korzystałam ze świata, za mało korzystałam z pieniędzy, które zarobiłam. Żyłam za mało luksusowo”, powiedziała w jednym z ostatnich swoich wywiadów dla programu „Uwaga” w TVN.

Diagnoza spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Rak. I to w czwartym, najgorszym stadium. Później wielokrotnie mówiła, że objawy miała dużo wcześniej, że lekarze nie odczytali ich właściwie. „Miałam okropne bóle, zginało mnie do ziemi, łykałam mnóstwo środków przeciwbólowych. Pewnie to już był rak, ale nikt pod tym kątem mnie nie zbadał. Nawet jak przeszłam operację, nikt nie szukał komórek rakowych. To było już po 1989 roku, ale nadal obywatel był gówno wart, a jak chory, to jeszcze mniej.

No więc cały czas byłam leczona na żołądek”, opowiadała po dwóch latach walki z rakiem w rozmowie z Agnieszką Kublik w „Gazecie Wyborczej”. Przechodzi operację, serię chemioterapii, które ją wykańczają. Walczy. Żeby nie stracić włosów, nosi specjalny hełm, który przysparza jej jeszcze więcej cierpień. Kilka dni po operacji staje na planie programu „Must Be the Music”, w którym jest jurorką. Nie widać po niej, przez co przechodzi. Ale ból jest tak silny, że odbiera jej pamięć – Kora w wywiadzie mówi, że nie pamięta niczego, co działo się na nagraniu.

Chowa się w Bliżowie, w swoim azylu na Roztoczu. Pisze teksty na nową płytę, którą planuje. Ale nie ma już siły, żeby ją nagrać. „Ostatni miesiąc był bardzo trudny. Na końcowej drodze towarzyszyła jej rodzina, przyjaciele i wiele oddanych osób. W tę długą walkę zaangażowanych było wiele najlepszych szpitali, lekarzy, pielęgniarek i opiekunów, za co im z całego serca dziękujemy. Kora dawała ludziom miłość i otoczona była miłością. Zawsze będziemy ją kochać”, piszą bliscy w oświadczeniu o jej śmierci.
„W życiu najważniejsze jest życie”, powiedziała w ostatnim wywiadzie, jakiego udzieliła dwa miesiące przed śmiercią Pawłowi Piotrowiczowi z portalu Onet.pl. „Jak się je kocha, zaczyna się je doceniać”. „Zostaniesz na zawsze w naszych sercach. Wolna. Odpoczywaj Koreńko!”, napisała na Facebooku Maja Ostaszewska. „Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho”.

Korzystałam z książki Olgi Jackowskiej i Kamila Sipowicza „Podwójna linia życia”, wydawnictwo ISKRY, 1998. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

W nowej VIVIE! seksowna Ewa Chodakowska o miłości, karierze i… planowaniu dziecka!