100 LAT NIEPODLEGŁOŚCI

„Paryż Północy”, tak nazywano Warszawę w dwudziestoleciu międzywojennym!

Tętniące życiem miasto, pełne restauracji, sklepów, kin i pięknych kamienic…

Katarzyna Piątkowska 12 listopada 2018 14:31

Gdy po 123 latach niewoli Polska odzyskała niepodległość, Warszawa odzyskała coś jeszcze. Znów stała się stolicą. I choć pierwsze lata po zakończeniu I wojny światowej nie były dla niej łaskawe, już druga połowa lat 30. przyniosła miastu niesamowity rozwój. „Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie…”, mówił 23 września 1939 roku na antenie rozgłośni radiowej ówczesny prezydent miasta Stefan Starzyński. I była. Nazywano ją Paryżem Północy. Mimo działań wojennych Warszawa trwała. Aż do 1944 roku, kiedy Niemcy zburzyli ją niemal doszczętnie. Rok wcześniej zrównali z ziemią dzielnicę żydowską. Na miejscu secesyjnych kamienic Śródmieścia stoi dzisiaj na wielkim placu Pałac Kultury, na miejscu dzielnicy żydowskiej znajduje się osiedle Muranów.

Rozebrać sobór

Ponad dachami kamienic widać było złote kopuły. Wieńczyły budynek soboru Świętego Aleksandra Newskiego, który władze Rosji postanowiły zbudować na jednym z najważniejszych miejsc w mieście, placu Saskim. Gdy Rosjanie wycofali się z Warszawy w 1915 roku, rozgorzała dyskusja na temat jego dalszych losów. Dominujący w panoramie miasta symbol rosyjskiego panowania postanowiono rozebrać. Z placu, na którym stał też Pałac Saski, zniknął ostatecznie w 1926 roku. Dwa lata później plac przemianowano na imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego. I teraz wygląda inaczej, a z pałacu zachowały się jedynie arkady z Grobem Nieznanego Żołnierza.

Drugim słynnym warszawskim placem był plac Napoleona. Znajdowały się tam secesyjne kamienice i prawdziwy, jak na tamte czasy, drapacz chmur, mający 66,5 metra wysokości Prudential. Oba place znajdowały się w handlowo-biurowej części stolicy. Marszałkowska, Krakowskie Przedmieście z hotelami Europejskim i Bristolem, Nowy Świat z hotelem Savoy, w którym był słynny na całą stolicę dancing, Aleje Jerozolimskie – to były miejsca, do których chodziło się na zakupy, do kawiarni czy kina. Na ulicy Wierzbowej, przy Teatrze Wielkim znajdowała się restauracja Oaza. Do czasu otwarcia pobliskiej Adrii przy ulicy Moniuszki 10 była najbardziej eleganckim lokalem w stolicy. Stołeczna legenda głosi, że generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski do Adrii wjeżdżał konno, a gdy kiedyś w stanie upojenia alkoholowego próbował opuścić dancing znajdujący się w jej podziemiach, miał powiedzieć słynne zdanie: „Skończyła się zabawa, zaczęły się schody”.

W Śródmieściu przed Pałacem

Lata 30. XX wieku. Mała Hanna Piotrowska (później Rechowicz) idzie za rękę z babcią do luksusowego domu handlowego Braci Jabłkowskich na Brackiej. Mijają tor wyścigów konnych, zajmujący wtedy część Pola Mokotowskiego, przy ulicy Polnej, Ogród Pomologiczny, Dworzec Główny, który znajduje się pomiędzy ulicami Emilii Plater i Marszałkowską, wędrują pomiędzy czteropiętrowymi secesyjnymi kamienicami. Mijają ulicę Sosnową, Wielką i Zielną. Na ich miejscu dzisiaj znajduje się plac Defilad i Pałac Kultury i Nauki.

Hanna Rechowicz, znana warszawska artystka, pamięta, że przed wojną Warszawa, a przynajmniej Śródmieście, była piękna. „Wspaniałe kamienice, piękne sklepy. Obok naszego domu na ulicy Lekarskiej znajdował się tor wyścigów konnych. Do dzisiaj pamiętam tętent końskich kopyt na bruku, bo przecież Warszawa była miastem dorożek. Owszem, jeździły czerwone tramwaje i autobusy, ale najwięcej było jednak pojazdów konnych. Niedaleko, również na Polu Mokotowskim, znajdował się port lotniczy”. Gdy w 1934 roku rządy w Warszawie przeszły w ręce Stefana Starzyńskiego, rozpoczął się systematyczny rozwój miasta. Tor wyścigów konnych został przeniesiony na Służewiec, a port lotniczy na Okęcie.

„Do dzisiaj pamiętam tętent końskich kopyt na bruku, bo przecież Warszawa była miastem dorożek”

Emil Mieszkowski, wnuk znanego warszawskiego kapelusznika, wspominał: „Na spacery chodziło się do Ogrodu Saskiego albo Ogrodu Pomologicznego na ulicy Nowogrodzkiej, między Emilii Plater i Chałubińskiego. Ten rejon po wojnie uległ przemianie. W miejscu, w którym przed wojną stała nasza kamienica (na rogu ulic Marszałkowskiej i Chmielnej), jest teraz plac przed Pałacem Kultury. Dawniej to była dzielnica handlowa”. I dodaje: „Były ulice i dzielnice, gdzie budynki były rzeczywiście bardzo eleganckie, przeznaczone dla zamożniejszych lokatorów. W okresie międzywojennym zaczęto budować luksusowe domy, jak na Złotej, gdzie potem mieściło się kino Palladium. Podobny budynek z eleganckim kinem znajdował się też przy placu Trzech Krzyży, także kilka budynków w Alejach Jerozolimskich, koło placu Starynkiewicza”.

Najbardziej luksusowy dom handlowy

W całej Polsce i w Europie Środkowej nie było takiego drugiego. Dom handlowy Braci Jabłkowskich znajdował się przy ulicy Brackiej 25. To był ewenement, bo Warszawa słynęła z eleganckich, ale małych sklepów. Modernistyczny gmach chętnie odwiedzany był przez warszawiaków, gdyż jego kierownictwo naciskało na sprzedawców, by dla wszystkich, nie tylko tych bardzo zamożnych, byli uprzejmi. Można tu było kupić ubrania dla kobiet, mężczyzn i dzieci. Dostępne były tkaniny, firanki i dywany. Działała pierwsza w Warszawie szklana winda. Organizowano pokazy mody, a bogate damy niemal zabijały się o ręcznie robione zaproszenia. W pierwszym rzędzie zawsze można było spotkać córki Józefa Piłsudskiego – Wandę i Jadwigę.

„Gdy szliśmy kupić dla mnie ubranie, było święto. Pamiętam, że babcia zabierała mnie wtedy do domu Jabłkowskich. Gdy przekraczałyśmy próg tego luksusowego miejsca, mówiła: »Lalu! Wybierz sobie kapelusz!«”, wspomina Hanna Rechowicz. Po buty też chodziło się w okolice Nowego Światu. Oczywiście mniej zamożni mieszkańcy albo ci bardziej oszczędni mogli kupić je na jednym z trzech targowisk, między innymi na słynnym Kercelaku na Woli albo w dzielnicy żydowskiej. Jednym z najbardziej eleganckich salonów obuwniczych w Warszawie był należący do Lucjana Leszczyńskiego sklep przy Nowym Świecie 34. W 1930 roku odwiedziła go japońska księżniczka Kikuko, szwagierka cesarza Hirohito, która „zażądała 16 par pantofelków damskich, wobec dobrej opinii, jaką cieszy się obuwie polskie. Żądane pantofelki dostarczyła jedna ze znanych większych firm szewskich”.

Kup pan pomarańcze

Najlepsze pomarańcze sprzedawano na Nalewkach. Podobno pochodziły z Jaffy. Dzielnica żydowska, zwana też po prostu północną, na miejscu której znajduje się dzisiaj powojenne osiedle, słynęła z handlu. „Przedwojenna Warszawa to miejsce wielokulturowe; największe skupisko ludności żydowskiej w Europie, centrum żydowskiego życia naukowego i kulturalnego”, pisał we wstępie do książki „Warszawa międzywojenna w pamięci jej mieszkańców” Jarosław Pałka. Tutaj kupowano mundurki, ubrania dla dzieci i buty w słynnym sklepie obuwniczym Bata. „Już po wejściu czuć było, że wkracza się do innego świata. Tam chodziłyśmy, gdy trzeba było kupić mi płaszczyk do szkoły albo buty u Baty. Ponieważ w jednej kamienicy potrafiło mieścić się mnóstwo małych warsztatów, sklepików i składzików, na przykład ubrania wywieszano przez okna na całej wysokości kamienic. Moja mama chodziła tam po nici. Pamiętam, jak ze sprzedawczyniami pochylały się nad tysiącami nici i wybierały, przebierały i dobierały i przy tym radośnie trajkotały”, wspomina Hanna Rechowicz.

„Przedwojenna Warszawa to miejsce wielokulturowe; największe skupisko ludności żydowskiej w Europie, centrum żydowskiego życia naukowego i kulturalnego”

Maria Nowicka w książce „Warszawa międzywojenna w pamięci jej mieszkańców” opowiadała: „Jadąc do szkoły, musiałam przesiadać się przy ulicy Gęsiej. To było w środku dzielnicy żydowskiej. Ulica Gęsia i sąsiednie: Nalewki, Graniczna były gęsto zaludnione. Gęsia była pełna zgiełku, przejeżdżało tam kilka linii tramwajowych (…) W każdej kamienicy były malutkie sklepiki, sprzedawano tam rozmaite rzeczy. Były sklepy spożywcze, odzieżowe i żelazne”.

Persil pierze wszystko

Warszawa powoli podnosiła się po rosyjskim zaborze. Choć miasto, po likwidacji Twierdzy Warszawa, w końcu zyskało możliwość rozwijania się poza centrum, to Śródmieście było miejscem, w którym trwał w najlepsze boom budowlany. Rosło w górę, nadbudowywano istniejące już kamienice, w wolnych miejscach budowano nowe. Zwiększała się liczba ludności. Gdy już wykorzystano wszelkie możliwości zabudowy tej części miasta, zaczęto do niego włączać nowe terytoria: Żoliborz, Mokotów, Grochów, Saską Kępę, Koło, Ochotę, Targówek i Pelcowiznę. Dawne peryferie zamieszkane przez ludność robotniczą przekształciły się w ośrodki mieszkaniowe dla zamożniejszych. Biedni mieszkali na Woli, Pradze.

Dla wszystkich mieszkańców miasto miało mnóstwo rozrywek. Można było chodzić do eleganckich kin, jak Palladium, albo do robotniczych, w których ekrany zastępowały prześcieradła. Spacerowano po parkach i jeżdżono na wycieczki do Wilanowa. Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, co wieczór wychodzili do licznych restauracji lub kawiarni. Jedną z najbardziej ekskluzywnych, obok Adrii i Oazy, była restauracja Simon i Stecki znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu. W 1936 roku serwowano między innymi „kiełbasę przysmażaną z cebulką, chłodnik z rakami, potrawkę z raków z kaszką, prosię po rusku czy ćwierć gęsi młodej z mizerją”. Śmietanka towarzyska Warszawy zajadała się tam świeżymi ostrygami i piła wino, którego butelka kosztowała tyle co pensja urzędnika średniego szczebla.

Tadeusz Boy-Żeleński bywał za to w „budżetowej” knajpce U Wróbla i zamawiał tam zapiekane w piecu flaki po warszawsku i śledzie, obowiązkowo podawane z wódką. Menu w warszawskich restauracjach zmieniano oczywiście w zależności od pór roku – jadano dużo ryb, ale wielką popularnością cieszyły się też mięsa, szczególnie golonka, rolada z prosiąt, wędzona szynka i salami z wędliniarni Pod Ryjkiem, nazwanej tak przez stałych bywalców. Każdy w przedwojennej Warszawie wiedział, że po wędliny trzeba iść na Marszałkowską 42, gdzie wisi szyld w kształcie świńskiego łba. Można tam też było zjeść na miejscu, a marmurowe stoliki przykrywano zwykłym szarym papierem pakowym. Chętnie bywali tu aktorzy, między innymi Józef Węgrzyn, Władysław Walter i Józef Redo. Wpadał też Stanisław Dygat.

Centrum nocami rozświetlały nie tylko gazowe i elektryczne latarnie, ale też neony. Najsłynniejszy znajdował się na Nowym Świecie i reklamował mydło Jeleń firmy Schicht. Pełno było szyldów i reklam. Na czerwonych tramwajach można było zobaczyć między innymi reklamę proszku do prania „Persil pierze wszystko”.

Walc na Poniatówce

Jest rok 1932. Czerwiec. Piękna pogoda przyciągnęła nad Wisłę tłumy warszawiaków. Stoją nieopodal mostu Poniatowskiego. Panuje prawdziwie letnia atmosfera. Zamieszanie spowodowały wyścigi motorówek. Na dystansie 50 kilometrów na motorówce „Baby” zwyciężyła Irena Popielska, warszawska artystka operowa. Widzowie byli podekscytowani, bo wyścigowi towarzyszyły pokazy jazdy na… nartach wodnych. Na dwóch warszawskich plażach – Poniatówce i braci Kozłowskich, przy Wale Miedzeszyńskim, każde lato wyglądało podobnie.

Lata 20. XX wieku przyniosły przełom w modzie. Kobiety stawały się coraz bardziej wyzwolone. Skróciły sukienki (ale nadal nosiły takie, które zakrywały kolana), podkreślały talię i prezentowały swoje wdzięki. Minęła też moda na kostiumy kąpielowe przypominające worki z rękawami i nogawkami. Moda na plażowanie, choć z oporami, przyszła w latach 30. Wypadało wylegiwać się na piasku nad Wisłą. Znajdowały się tu też specjalne podesty, na których półnadzy warszawiacy tańczyli do melodii wygrywanych przez jazz-bandy. Mimo biedy (tylko niewielka część mieszkańców Warszawy nie cierpiała nędzy) w dwudziestoleciu międzywojennym ludzi rozpierała energia. Chciało się żyć, chciało się spotykać, wypoczywać na plażach nad Wisłą.

Rozpiętość kontrastów

Po zakończeniu II wojny światowej ludzie tęsknili do tego, co bezpowrotnie przepadło. Biuro Odbudowy Stolicy zdecydowało, że odbudowane zostaną zabytki, czyli obiekty, które powstały przed 1850 rokiem. Wszystko to, co powstało w dwudziestoleciu międzywojennym, zostało więc już tylko na zdjęciach. „Najbardziej tęsknię do tętniącego brzegu rzeki. Od Cypla Czerniakowskiego po Stare Miasto kluby wioślarskie, kluby żeglarskie, baseny i gwarne plaże”, pisał jeden z mieszkańców stolicy.

Jeden z pierwszych filmowych reportaży o Warszawie zaczyna się słowami: „Urokiem Warszawy jest jej rozpiętość kontrastów, która pozwala w niej żyć temu wszystkiemu, co tworzy rytm i tempo XX wieku, obok tego, co dziś jest sentymentalnem wspomnieniem przeszłości”. Za to Stefan Wiechecki, słynny warszawiak, właściciel Teatru Popularnego, w którym widzami byli gangsterzy z szajki Taty Tasiemki z Kercelaka, dziennikarz i felietonista napisał: „W Warszawie, uważa pan, się żyje”. Leopold Tyrmand w felietonie poświęconym Warszawie (opublikowanym w książce „Tyrmand warszawski”) pytał: „Gdzież jest drugi taki organizm miejski, tak naładowany wolą życia, zmasowaną energią kreatywną i umiłowaniem swojego miejsca na ziemi, jak Warszawa?”.

Gdy w 1953 roku Jadwiga Piotrowska, najbliższa współpracowniczka Ireny Sendlerowej i mama Hanny Rechowicz, po raz pierwszy przyjechała do Paryża do swojej córki, wykrzyknęła: „Ależ Lalu! Zupełnie jak nasza Warszawa!”.  ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Poznaj jeden z największych trendów w makijażu!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Ewa Farna bez tajemnic! Takiej rozmowy jeszcze nie było!