TYLKO U NAS!

Pierwszy wywiad z autorem książki o Tomaszu Komendzie!

„Spotkałem się w życiu z wieloma mordercami... Tomek do nich nie pasował”

KRYSTYNA PYTLAKOWSKA 11 września 2018 11:25
Tomasz Komenda
Fot. Jan Bielecki/East News

Dziennikarz TVN-u, który pierwszy zainteresował się sprawą Tomasza Komendy i przez szesnaście lat walczył o odkrycie prawdy. Teraz napisał książkę 25 lat niewinności. Historia Tomasza Komendy. Dzisiaj w południe odbywa się konferencja prasowa z udziałem niewinnie osadzonego, jego obrońcą Zbigniewem Ćwiąkalskim i Grzegorzem Głuszakiem, który nie jest już tylko dla Komendy dziennikarzem ale i przyjacielem. Krystynie Pytlakowskiej udało się dotrzeć do Grzegorza Głuszaka jeszcze przed konferencją prasową. Efektem jest ta rozmowa.

Jak to się stało, że zainteresował się pan sprawą gwałtu i morderstwa Małgorzaty Kwiatkowskiej? Jak pan trafił do Tomasza Komendy?

Już dobrze nie pamiętam, było to przecież kilkanaście lat temu, ale zaczęło się od tego, że rozmawiałem z rodzicami Małgosi Kwiatkowskiej o tym, że drugi sprawca morderstwa i gwałtu pozostał nie wykryty. I wtedy w rozmowie wypłynęła postać Tomasza Komendy. Rodzice Małgosi zgłosili się do nas, to znaczy do telewizji skarżąc się, że policja nic nie robi a prokuratura też jest bezczynna. W związku z czym cały czas nie ustalono drugiego sprawcy morderstwa a oni mają swoje przypuszczenia. I poprosili mnie o pomoc.

Wierzył pan w winę Tomka?

Tak, w stu procentach. Kiedy więc w dwa tysiące szóstym roku po raz pierwszy spotkałem się z Tomkiem w zakładzie karnym, nie chodziło mi o to, żeby udowadniać jego niewinność - wszystkie dowody wskazywały na niego – tylko chciałem, żeby mi pomógł ustalić drugiego sprawcę. Wiadomo, że było ich dwóch o ile nie trzech. A skoro Tomek został prawomocnie skazany to powinien wiedzieć, z kim gwałcił i mordował.

Kiedy się spotkaliście był pan przekonany, że to on jest jednym z zabójców?

Tak, tym bardziej że przeczytałem uważnie akta sprawy. Wszystkie dowody wskazywały na Tomka.

Dlaczego zrodziła się więc w panu wątpliwość, że to nie on jest mordercą i gwałcicielem?

Już wtedy w dwa tysiące szóstym roku zupełnie nie pasował mi do tej sprawy i przebiegu wypadków. Tak naprawdę nigdy nie był nawet legitymowany przez policję. Powiedział mi wtedy, że tak był bity na komisariacie, że mógłby się przyznać nawet do zabicia papieża. Materiał został wyemitowany, zacytowałem jego sowa. Od początku starałem się nie robić z Tomka bestii i mordercy, pozwoliłem mu się swobodnie wypowiadać. Zupełnie mi nie pasował do tego, co rzekomo zrobił. Dowody się zgadzały, nie zgadzał się tylko morderca.

Jak próbował pan mu pomóc? Powiedział pan o tym w prokuraturze?

Wtedy jeszcze nie byłem pewien, że Komenda nie jest sprawcą. Wszystkie dowody wskazywały na niego. Został prawomocnie skazany. Ale po dziesięciu latach ta sprawa do mnie wróciła bo w końcu został zatrzymany drugi sprawca czyli Ireneusz M. i wtedy spotkałem się z prokuratorem mówiąc mu: no dobrze, a co z Komendą, przecież on zupełnie do tej historii nie pasuje. Pamiętam, że pojechałem do prokuratora Roberta Tomankiewicza nagrywać materiał o drugim sprawcy i wtedy już zacząłem, naciskać, wypytywać, co w takim razie zrobią panowie z Tomaszem Komendą. Prokurator zdziwił się, dlaczego o to pytam, przecież on już odsiaduje wyrok. Odparłem na to: panie prokuratorze, Tomek Komenda nie mógł znać się z Ireneuszem M., to byli mężczyźni z zupełnie różnych światów. Tak naprawdę nie mogli się ze sobą spotkać . A kiedy prokurator spytał mnie dlaczego tak sądzę odpowiedziałem mu: przeczucie mi mówi, że trzymacie w więzieniu niewinnego człowieka.

Gdyby więc nie pana intuicja, to on nadal by siedział?

Nie siedziałby, ponieważ wtedy już prokuratura podejrzewała, że jest niewinny. Nie uważam więc za moją zasługę tego, że go wypuszczono. To był po prostu zbieg okoliczności, że interesowałem się tą sprawą i moje myślenie pokrywało się z myśleniem prokuratorów. Być może tylko przyśpieszyłem proces wyjścia Tomasz Komendy na wolność.

Wtedy jeszcze wielu dziennikarzy wierzyło w jego winę. Jedynie może Maria Nurowska od początku uważała, że to nie Komenda jest mordercą i gwałcicielem. Napisała nawet list do Lecha Kaczyńskiego, że należy się tej sprawie głębiej przyjrzeć i uwolnić niewinnego. Kaczyński był wtedy ministrem sprawiedliwości. List pozostał niestety bez odpowiedzi.

Nic nie wiem na temat tego listu, ale ponoć pan prokurator Biernat też wiedział już w dwa tysiące ósmym roku, że Tomek Komenda jest niewinny, ale pozostało to bez echa. Skończyło się tylko na tym że na konferencji prasowej ujawnił, iż to jego przełożeni zabronili mu interesować się tą sprawą.

Ale co konkretnie w panu wzbudziło wątpliwości?

Proszę sobie wyobrazić, że osiemnastolatek z Wrocławia, którzy nigdy nie wyjeżdżał poza swoje miasto nagle w noc sylwestrową znajduje się w miejscowości oddalonej od niego o trzydzieści kilometrów i w dodatku nikogo tam nie zna. Po co by tam jechał? Młody, trochę nieśmiały wrażliwy chłopak?

Ale podobno go tam widziano?

Nie przyjmowałem tego do wiadomości, to dla mnie nie był żaden dowód. Spotkałem, się w życiu z wieloma mordercami ale Tomek na pewno do nich nie pasował.

Kiedy się pan z nim spotkał pierwszy raz w dwa tysiące szóstym roku, o co go pan zapytał?

Co wie na temat morderstwa? Skoro tam był, to powinien znać współsprawców. Pytałem go o konkretnie nazwiska – nie znał żadnego. Opowiadał mi głównie o tym, dlaczego on usiadł na ławie oskarżonych i że faktycznie przyznał się do odbycia jakiegoś stosunku z dziewczyną, ale był tak bity na komisariacie , że chciał żeby to się już skończyło i przyznałby się do wszystkiego. Natomiast jeszcze nawet po dwóch latach od skazania go nie wierzył, że znajduje się w więzieniu za coś, czego nie zrobił i czekał z nadzieją, że to się na pewno wyjaśni. Później tę nadzieję przelał też na mnie i we mnie szukał pomocy.

A czy on w ogóle znał te dziewczynę, Małgosię?

Nie znał i jej, i nie miał prawa jej znać. Bo przecież tak naprawdę go tam nie było. Ale sprawa stała się bardzo medialna i przez trzy lata policjanci ogłaszali sukces.

Miał pan a wtedy kontakt z rodziną Komendy?

Nie, jego rodzina nie życzyła sobie spotkania ze mną. Bardzo długo musiałem ich przekonywać, żeby zgodzili się na rozmowę. Właściwie dopiero wtedy, gdy zrobiono nowe ekspertyzy wskazujące jednoznacznie, że DNA na ubraniach i bieliźnie Małgosi nie należy do Tomka. Prokuratorzy wiedzieli już, że ekspertyza osmologiczna najprawdopodobniej została sfałszowana. Czekali jeszcze na opinię traseologiczną - dopasowanie śladów szczęki do ugryzienia na piersi zabitej. Trudno było znaleźć biegłych, którzy podważa opinię dr K. wybitnego specjalisty od odcisków zębów, który na początku stwierdził, że szczęka Komendy pasuje do ugryzienia. I to był kluczowy dowód na podstawie którego go skazano.

Po tej pierwszej waszej rozmowie siedział jeszcze szesnaście lat?

No właśnie. Kiedy prokuratorzy w dwa tysiące szesnastym i siedemnastym roku jeszcze raz przyjrzeli się tej sprawie to nie po to żeby Komendę uwolnić tylko, żeby zakończyć dochodzenia znajdując drugiego sprawcę. I to oni wpadli na to, że skoro Tomek Komenda nie mógł znać się z Ireneuszem M. to dlaczego mieliby wspólnie dokonać gwałtu i morderstwa. Ireneusz M. właściwie dał żelazne alibi Komendzie ponieważ kategorycznie stwierdził, że nigdy go w życiu nie widział.

Tak, ale to już zdarzyło się niedawno. Dla mnie pana zasługą jest to, że nie dawał pan za wygraną. Że uparcie pan naciskał na prokuratorów.

To prawda -prokuratorzy czuli, że mają mnie na karku, że upominam się o Tomka cały czas, jeszcze przed tymi ekspertyzami. Wiem że uwolnił by Komendę, tylko być może trwałoby to o wiele dłużej.

Dzwonił pan do nich, pisał?

Właściwie kiedy tylko byłem we Wrocławiu, spotykałem się z nimi. Wystarałem się nawet o widzenie z tymczasowo aresztowanym Ireneuszem M. i nagrałem z nim wywiad, w którym stwierdził że Tomasz Komenda nie jest mordercą. On zresztą też nie.

Mimowolnie stał się świadkiem obrony.

To się zdarza, że prawdziwy morderca broni domniemanego sprawcy, bo skoro wiemy, że na sto procent tam był a nie było Tomka.

Widywał się pan często z Komendą?

Bardzo dużo rozmawialiśmy przez telefon, bo nie mieliśmy innej możliwości. Dyrektor zakładu karnego w Strzelinie odrzucił moich kilkanaście próśb o widzenia. Co drugi, czy co trzeci dzień dzwoniliśmy więc do siebie i rozmawialiśmy.

I chyba te rozmowy z panem trzymały go przy życiu?

Najbardziej przy życiu trzymały go rozmowy z matką. Gdyby nie one, dzisiaj Tomka by już nie było. Miał trzy próby samobójcze. Dopiero po trzeciej stwierdził, że widocznie pisane mu żyć.

Ale wiedział też, że to nie matka go uwolni, a na pana bardzo liczył.

Liczył na mnie, na prokuratorów i na funkcjonariusza Remigiusza, wierzył, że nas czterech pomoże mu ujawnić prawdę, która da wolność. A udział mój w tej sprawie był czymś w rodzaju bezpiecznika, że jednak prawda wyjdzie na światło dzienne, choć jest niewygodna dla wielu osób. Miałem kontakt ze świadkami, którzy dawali mu alibi, ale nikt nie brał pod uwagę tych zeznań. Matka Tomka też dobrze wiedziała, że jest on niewinny.

Czy teraz jest pan z siebie dumny?

Oczywiście mam satysfakcję, takie sprawy dziennikarzowi zdarzają się jedna albo dwie na całe życie, ale nie uważam siebie za bohatera.

Jednak jest pan bohaterem.

Przesadza pani.

 Proszę pamiętać, że ja pracuje w tym zawodzie już tyle lat i wiem, jak często dziennikarze odpuszczają, nie drążą, nawet czując, że to oni mają rację. A pan swoim uporem naprawdę pomógł temu człowiekowi.

To także dzięki wsparciu moich szefów, od których dostałem zielone światło. Mogliby powiedzieć: zostaw to, bo zagrzebiesz się w tej sprawie na długie miesiące, ale tego nie powiedzieli. Wręcz przeciwnie - bez względu na wszystko miałem zajmować się Komendą.

Był pan przy tym, jak Tomek wyszedł na wolność?

Byłem, stałem z jego rodziną. Stworzyliśmy jakby zaporę miedzy Tomkiem, a tymi którzy tam na niego przy bramie więzienia czekali – cały tłum dziennikarzy i ciekawskich. Policja zrobiła kordon, żeby dziennikarze nie rzucili się na Tomka. A myśmy się po prostu ścisnęli. Tomek po przywitaniu z mamą i braćmi rzucił mi się w ramiona. To była bardzo wzruszająca chwila.

A potem napisał pan książkę. Ile czasu to panu zajęło?

Niestety za krótko, materiały miałem wprawdzie zebrane, akta skopiowane, rozmowy ponagrywane, ale nie mogłem jej napisać przed szczęśliwym końcem. Kiedy Tomek wyszedł w marcu tego roku, byłem pewien,. że już pora na pisanie. Miałem na to dwa miesiące.

Komenda tę książkę autoryzował?

Tak, umówiliśmy się na autoryzację jego wypowiedzi. Powiedział: tylko ty jeden zachowałeś się wobec mnie uczciwie.

Co się teraz z Tomkiem dzieje, jak żyje?

Korzysta z pomocy psychologa i stara się nauczyć życia od nowa.

Myśli pan, że ułoży sobie to wszystko i zacznie żyć normalnie?

Jestem tego pewien, wytrzymał osiemnaście lat więzienia, więc jest silnym facetem, musi sobie poradzić, Chociaż ten krzyż, który go spotkał, będzie nosił do końca życia. Tomek powoli wraca do rzeczywistości sprzed osiemnastu lat, choć świat wygląda teraz zupełnie inaczej. Uczy się go od nowa. Obsługuje już telefon komórkowy, robi świetne zdjęcia, ale komputera jeszcze nie oswoił. To tylko kwestia czasu. I chyba jeszcze w kinie też nie był. Kiedy w Warszawie będziemy mieli wolną chwilę to pójdziemy razem na jakiś dobry film. I proszę zaznaczyć, że moja książka jest o Tomku ale przede wszystkim dla Tomka. Reportaże telewizyjne są ulotne. 

Tomasz Komenda
Fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER

Tomasz Komenda
Fot. Jan BIELECKI/East News

Tomasz Komenda
Fot. East News
Grzegorz Głuszak, autor książki o Tomaszu Komendzie

Grzegorz Głuszak
Fot. EAST NEWS

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dziesięć pięknych, spełnionych i inspirujących kobiet...czyli nasz nowy numer #VIVA!power. A w nim...