URODZINY GWIAZD

Gołda Tencer: „Echo Holocaustu zawsze towarzyszyło mojemu dzieciństwu”

Aktorka i śpiewaczka obchodzi dziś urodziny

Katarzyna Przybyszewska 2 sierpnia 2018 13:48

Mówi, że Łódź widzi czarno-białą, choć jej dzieciństwo było kolorowe. Dotknięci traumą Holocaustu rodzice robili wszystko, by świat dzieci uczynić pięknym. Tu dorastała, chłonęła żydowską tradycję, uczyła się w żydowskiej szkole. Nawiązywała pierwsze przyjaźnie, które zostały na całe życie. Tu potem po Marcu’68  żegnała najbliższych, którzy wyjeżdżali z biletem w jedną stronę. Ona została. Dlaczego? I dlaczego tak rzadko wraca do miejsca, w którym wyrosła? Czy wspomnienia mogą boleć? Z Gołdą Tencer, aktorką, pieśniarką i dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie do Łodzi pojechała Katarzyna Przybyszewska.

O opowieść o świecie, którego już nie ma.

Jak w żydowskiej piosence „Miasteczko Bełz”: „Wypłowiał już tamten obrazek, milczący, płonący Bełz”.

Gołda mówi Bełz, ale myśli Łódź.

Łódź to jej żydowski Bełz.

Main sztetele Łódź.

Moje miasteczko Łódź.

Kochana, żydowska Łódź.

Opowiada o tym podczas swoich koncertów, gdzie słowami pieśni kreśli w jidysz obraz przeszłości zniszczonej przez ludzi, los i historię.

Jak więc pojechać do świata, którego nie ma? Jak wrócić do miejsc zapomnianych przez Boga? Jak z okruchów wspomnień, skrawków pamięci odbudować coś, co przed pięćdziesięciu laty tętniło życiem?

Urodziła się po wojnie, kiedy wydawało się, że Czarna Noc dla żydowskiego narodu bezpowrotnie minęła. I choć w domu nie mówiło się o Holocauście, strach przed czymś, czego nie znała, a wciąż widziała w oczach tych, którzy przetrwali, czaił się z tyłu głowy. Nie dawał spokoju, nie pozwalał żyć. Jako dziecko nie wiedziała nawet, gdzie w czasie wojny mieściło się żydowskie getto. A kiedy teraz delikatnie staram się o tym porozmawiać, mówi krótko: „Nie pytaj.”

Więc nie pytam. Potem sprawdzam kwartały ulic. Zakazane Miasto, gdzie nigdy nie stanęła stopa małej Gołdy Tencer. Tak żydowscy rodzice chronili swoje żydowskie dzieci przed bólem pamięci. Wiedząc już, że nie mogą podarować im pięknej przeszłości, chcieli, by mimo wszystko uwierzyli, że piękna może być przyszłość. I była.

Gołda wspomina dzieciństwo – najpiękniejsze z możliwych. Dziecięcy świat zamknięty między ulicami Próchnika, Piotrkowską, Pomorską, Rewolucji 1905. Żydowską szkołę imienia Icchoka Lejba Pereca na Więckowskiego 13. Mieszkanie z kaflowym piecem, śmiech matki, jej kuchenną krzątaninę, smak karpia po żydowsku, zapach skwarek z cebulą u babci Rudy, pracownię ojca, w której sprzedawał torebki… Kiedy słucham jej opowieści, mam wrażenie, że ożywają czarno-białe fotografie. Nowoczesnym autem mkniemy ulicami miasta, które jakby zatrzymało się w czasie. Gdyby nie szyldy, reklamy, szklane potwory wbite między przedwojenne kamienice, mogłybyśmy przypuszczać, że w niezwykły sposób wróciłyśmy do Łodzi lat 50. i 60. Tylko twarze inne.

Gdy wchodzimy na podwórko, na którym wychowała się Gołda, wita nas cisza. Odrapane budynki wyglądają jak filmowa scenografia. Podwórko studnia, bez źdźbła trawy, trzeba głowę zadrzeć wysoko, by zobaczyć niebo. Wszystko jak było, tylko bardziej zniszczone, jakby nie miało siły i motywacji, by walczyć z czasem. I pustka. Zza okna zaciekawione spojrzenia. Gołda jak widzi ludzi, zaraz pyta. Może ktoś jeszcze pamięta… „Znaliście państwo rodzinę Tencerów? Nie. Szkoda. A, nie mogliście znać. Wprowadziliście się w 1975, a oni wyjechali w 1973. A taki Zbyszek mieszkał z matką w suterenie. Żyje? Nie wiecie. Szkoda. To dziękuję.” Nikt już nie pozostał.

Kiedy w 1968 roku sekretarz Gomułka wypowiedział przeklęte słowa o „zgniłym elemencie syjonistycznym”, zaczęły się wyjazdy. I wyjeżdżali, jeden za drugim, zabierając ze sobą wspomnienia. Gołda wyjechać nie chciała. Została jako strażnik pamięci. Ludzie muszą mieć do kogo wracać, więc wracają do Gołdy. Gołda nie ma do kogo wrócić, więc ta nasza łódzka podróż, choć w miejsca szczęśliwe, jest smutna.

Łódź wita nas deszczem, potem wychodzi słońce, razem z nami zagląda w każdą dziurę odrapanych kamienic. Z żydowskiej szkoły na Więckowskiego 13, do której chodziła Gołda i jej dziś rozrzuceni po świecie przyjaciele, pozostała jedynie tablica. Na tablicy wers z wiersza Juliana Tuwima: „Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam, oczy mam pełne łez”. Gołda zaczepia przechodzącą starszą kobietę. „Czy wie pani, co tu było kiedyś?” – „Nie, nie jestem z Łodzi.”

Starsza pani przygląda się Gołdzie ciekawie. Uśmiecha się ciepło. „Nie wiem, co tu było, ale za to wiem, kim pani jest.” I odchodzi.

– Rzadko wracasz do Łodzi…

Bo nie mam do kogo. Ulice, podwórka, kamienice, mury stoją, jak stały. Ale ludzi nie ma. Rodzice nie żyją, brat w Szwecji, przyjaciele rozjechali się po świecie. Została pustka. I smutek, że tamtego świata już nie ma.

– Wszystko przemija. Takie jest okrutne prawo życia.

Przemijanie to nie unicestwienie. A mój świat został unicestwiony. Zmieciony z powierzchni ziemi. Dlatego trudno się wraca, bo wciąż pamiętam, jak żegnałam bliskich, jak każdego dnia ktoś wyjeżdżał, pakował się, opuszczał Łódź. Nie na chwilę. Na zawsze. Brat wyemigrował w 1968. Ja wyjechałam do Warszawy w 1969. Dwa lata później zmarł tata, rok później zabrałam mamę do siebie…

– I nigdy potem nie przekroczyłaś progu swojego domu?

Ilekroć przyjeżdżałam, chciałam tam wejść. Któregoś razu doszłam już do pierwszego piętra. Ale zawróciłam. Innym razem rozmawiałam z obecnym właścicielem mieszkania. I zanim weszłam, znów stojąc na półpiętrze, zapytałam: „Czy jest sztaba w drzwiach?”. Do mieszkania prowadziły stare poniemieckie podwójne drzwi z mosiężną sztabą. Odpowiedział: „Nie ma. Wyrzuciłem”. „A bojler jest?”. Pamiętałam z dzieciństwa, że gdy kładliśmy się spać, tata zawsze pytał: „Piec zgaszony? Sztaba zamknięta?”. „Nie, bojler też wyrzuciłem”. Popatrzyłam na niego smutno: „Nie, to dziękuję, nie wejdę”. I teraz też dojdę tylko do półpiętra, popatrzę na tę klatkę schodową, nieremontowaną, niemalowaną od pięćdziesięciu lat. Wystarczy.

– Jak pamiętasz więc ten dom, do którego już wejść nie chcesz?

Był mały pokój, duży pokój i sypialnia rodziców. W kuchni stał wielki stół i skrzynia, kredens, w którym mama chowała smakołyki. Rodzice prowadzili otwarty dom. Zapraszali gości, grało się w karty, grała muzyka. Przyjaciele moi i brata przesiadywali u nas godzinami. Mama każdego musiała nakarmić, byle nie wyszedł od nas głodny. I choć było gwarno i wesoło, w powietrzu unosił się smutek… Echo Holocaustu zawsze towarzyszyło mojemu dzieciństwu. Byliśmy pokoleniem powojennym, ale trauma była we wszystkich domach, nie tylko w naszym. Nasi rodzice nigdy nie mówili o swoich wojennych losach…

– …a Wy nie pytaliście.

Ten temat nie istniał. Im jednak byłam starsza, tym bardziej zastanawiałam się, dlaczego tak mało wiem. Szczątki tylko, słowa, zdania, które nawet nie składały się w historię. Tata wracał z pracy do domu i stał godzinami, patrząc przed siebie, plecami oparty o brązowy kaflowy piec. Takim go wszyscy zapamiętali, mówili, że pan Szmul Tencer był zawsze jakiś taki nieobecny… Od wuja, brata ojca, jedynego, który ocalał, czy może od jego żony, nie pamiętam, dowiedziałam się, że tata był w warszawskim getcie, stracił żonę i córkę, potem trafił do Majdanka, Oświęcimia, Mauthausen, gdzie został wyzwolony. Jak mocno musiało to w nim tkwić, skoro często nocami budził nas jego krzyk. Zrywaliśmy się wtedy z bratem i lecieliśmy pędem do sypialni rodziców. „Tato, tato już dobrze”. Ale tata nigdy nie powiedział, co mu się śniło, patrzył tylko na nas ciepłym wzrokiem: „Dziękuję, żeście mnie obudzili”. Tego strachu ukryć przed nami nie zdołał, tak jak swojego obozowego numeru wytatuowanego fioletowym tuszem na lewym przedramieniu. Sto dwadzieścia osiem tysięcy dwieście sześćdziesiąt sześć. Sto dwadzieścia osiem tysięcy dwieście sześćdziesiąt sześć. Sto dwadzieścia osiem tysięcy… Nie mam pamięci do liczb, ale tego numeru nie zapomnę. Raz się tylko wygadał, że podczas powstania w getcie warszawskim dostał broń. Janusz, mój brat, zapytał zaciekawiony: „I co, tato? I co? Ilu Niemców zabiłeś?”. Odpowiedział: „Żadnego. Nie umiałem strzelać do człowieka”.

– A mama? Poznałaś jej wojenne losy?

Przed wojną w domu mamy na łódzkich Bałutach, babcia gotowała w garnkach kamienie, żeby pokrywki się ruszały i żeby sąsiedzi myśleli, że gotuje kartofle. Ale kartofle były rzadko, częściej tam gościł głód. Była jednak tak ambitna, że nie chciała się dzielić swoim ubóstwem. Napisz to, proszę, bo to taka wzruszająca historia. Jak Hitler kazał wywozić Żydów do obozów, uciekli do Komi, na Syberię. Wróciły we dwie – mama i babcia Ruda. Babcia zresztą w 1956 roku wyjechała do Izraela, do swoich synów. Całe dzieciństwo towarzyszyło mi uczucie pustki i tęsknoty. Do świątecznego stołu zawsze siadało nas mało. Nad głowami unosił się duch tych, którzy zginęli. Nie było babć, dziadków, wujków, cioć i ich nigdy nienarodzonego potomstwa. Tata pochodził z dużej rodziny, ale ocalał tylko on i brat. Byłam kiedyś z koncertem niedaleko Łukowa, gdzie się urodził, i zapytałam publiczność: „Proszę państwa, moja babcia miała tu przed wojną sklep kolonialny. Czy ktoś ją pamięta? Miała na nazwisko Tencer”. Ale nikt nie pamiętał. Kilka lat temu dostałam e-mail od pewnej pani, która przeglądając stare dokumenty, natrafiła na rodzinę Tencerów. I tak poznałam imiona wszystkich sióstr i braci mojego taty, dowiedziałam się nawet, jak miała na imię jego pierwsza żona – Szajndla i jego córeczka, a moja siostra, też Gołda. Poczułam się tak, jakbym poznała moją rodzinę, jakby ta rodzina, dzięki tym imionom się powiększyła. To było niezwykłe uczucie. Nie wiem tylko, jak wyglądali…

– Nie zachowało się żadne zdjęcie Twojej rodziny?

Niestety… Ramka mojej rodzinnej fotografii stoi pusta. Wiele lat temu razem z Fundacją Shalom wysłałam w świat apel, by ludzie przysyłali przedwojenne i wojenne fotografie polskich Żydów, pokazujące ten nieistniejący już przecież świat. Bałam się, że nikt na apel nie odpowie, że fotografie też pochłonęła wojna. Ale przyszło ponad dziewięć tysięcy zdjęć. Stworzyliśmy wystawę „I ciągle widzę ich twarze”, która objechała świat. Okazało się, że ludzie przechowywali fotografie żydowskich przyjaciół, którzy zginęli, pod innymi zdjęciami w albumach, na strychach, pod podłogą, ukryte w ziemi. Zahava z Izraela przeniosła malutkie zdjęcie matki przez dwie selekcje doktora Mengele, raz przyklejone pod stopą, za drugim razem pod językiem. Ogłaszając apel, po cichu liczyłam, że ktoś przyśle zdjęcie mojej rodziny, którego szukam przez całe życie. Nie przysłał. Nie zobaczyłam ich twarzy…

– Łódź lata 50. i 60.

Zawsze widzę ją czarno-białą.

– Dlaczego?

Nie wiem. Zwłaszcza że moje dzieciństwo było wspaniałe. Pokolenie rodziców po wojnie na nowo uczyło się żyć. Rodzice poznali się w 1947 roku. Mama wróciła do swojej Łodzi, tata z Włoch, gdzie spędził dwa lata, wrócił do Polski, by być bliżej korzeni i, jak mówił, „pilnować nieistniejących grobów bliskich”. Został. Założył zakład kaletniczy i szył torby, które potem nosiły kobiety w całej Polsce. Ja z bratem twierdziliśmy, że były to najbrzydsze torby, jakie kiedykolwiek zrobiono, ale kobiety widocznie myślały inaczej. Rodzicom powodziło się nieźle. Kiedy byli narzeczeństwem, tata podarował mamie srebrną puderniczkę z inicjałami S.R., czyli Sonia Rubinowicz, bo takie nazwisko z domu nosiła mama. Później dostała od taty flauszową pelisę i było to spełnienie jej dziecięcych marzeń. Stworzyli mnie i bratu ciepły dom, do którego chciało się wracać. Dom, w którym pachniało praniem, wywietrzone pierzyny zapraszały do spania, a w kuchni mama nieustannie gotowała coś pysznego. Miała talent do gotowania. Karp po żydowsku, śledź marynowany, gęś, mostek, placki z cebulką, czulent, cymes… Mój brat Janusz za moją namową zebrał te przepisy w małej książeczce „W kuchni mamy Soni”.

– Odziedziczyłaś po mamie talent kulinarny?

Skąd! Gotuję słabo, ale mój karp nie ma sobie równych. Piotr Bikont wspomniał, jak przed laty gotowaliśmy w Domu Aktora w Skolimowie. Dużo znanych osób podjęło się wyzwania. Mój mąż kupił 20 kilo karpia, a ja przygotowałam go według przepisu mamy. Sama, zaznaczam, i mam dowód, bo mama była wtedy w Szwecji u brata. Bikont dodał, że gdyby przyznawano kulinarnego Oscara, należałby się Gołdzie Tencer. Profesor Aleksander Bardini wpadł spóźniony na degustację i jak się dowiedział, że karpia zostało mało, krzyczał głośno: „Zatrzymać karpia! Zatrzymać karpia!”. Zawsze robię karpia na święta i wszyscy o tym wiedzą. Ten zapach pamiętam z dzieciństwa, tak jak zapach cebulki po żydowsku… Tylko nie myśl, że lubię, jak śmierdzi cebulą. Zapach cebulki po żydowsku jest inny. Jest jak poezja, wciąż na nowo się nim zachwycam.

– Mieszkaliście w kamienicy przy Próchnika 28…

Moja żydowskość mieściła się między Próchnika, Wschodnią, Zachodnią i Więckowskiego. Wszyscy nasi przyjaciele mieszkali w tym rejonie. Kiedy szło się ulicą, z każdej strony słyszało się uprzejme „Dzień dobry!”. Na Próchnika był magiel i pralnia. Tu mieszkała Ewa i Freda. Nieopodal sklep rybny pana Niwczyńskiego, dalej szewc. Potem mięsny, zielony sklepik z nabojami do syfonów na rogu Wólczańskiej, dalej pracownia z torbami taty. Kiedy wracaliśmy ze szkoły, w dużym oknie kamienicy na rogu, na półpiętrze stała dziewczynka z długimi warkoczami. Potem dowiedzieliśmy się, że była po chorobie Heinego-Medina. Podobno wyjechała do Szwecji, została wyleczona, ale zmarła. Nawet nie pamiętam jej imienia, tylko te warkocze… Tata mojej przyjaciółki Hanki był skromnym krawcem, szył coś w małym pokoiku, ale to do niego na dysputy przychodził rabin Morejno. Siedzieli cały dzień, maszyna furczała, a oni dyskutowali i dyskutowali… Było gwarno, wesoło, polski mieszał się z jidysz. Każdy miał swoje miejsce na ulicy i na świecie. Śmieję się, że na aryjską stronę przeszłam dopiero po maturze. Nam było po prostu ze sobą dobrze.

– Świat na Próchnika to była enklawa żydowska?

Enklawy były przed wojną. Po wojnie ludzie się wymieszali, mieszkali razem i Żydzi, i Polacy. Nie miało to znaczenia. Na naszym podwórku były trzy rodziny żydowskie, reszta polskie. Było też kilku polskich chuliganów, którzy traktowali nas jak „swoich” i nie pozwalali nam zrobić krzywdy. Kiedy po latach pojechałam na Próchnika, zaczepił mnie jeden z nich, Zbyszek. Zbyszek całe życie stał pod bramą i pił. Natychmiast mnie poznał. Jestem bardzo podobna do swojej mamy – Soni, jakby skórę ściągnął. Utkwił we mnie palec i powiedział: „Ty jesteś Gienia!”. I dodał: „Wiesz, jak tu mieszkali Werthaimowie, Flaumowie i wy, Tencerowie, to były czasy! Nie to, co ta hołota z Retkini”. To było niesamowite. A wiesz, ludzie nie mają pojęcia, że powojenna Łódź mówiła w jidysz?

– W Twoim domu też mówiło się w jidysz?

Kiedy byłam mała, rodzice mówili tak między sobą, żebyśmy nie zrozumieli ich sekretów. Z czasem zaczęli i do nas mówić w tym języku. Tata „polonistą” nie był, jego polszczyzna była uboga, mówił z akcentem, ale za to znał jidysz, hebrajski i włoski. Kiedy poszłam do szkoły, byłam jednym z niewielu uczniów, którzy nie musieli uczyć się języka od podstaw.

– Byliście religijną rodziną?

Tata po wojnie nigdy już nie przekroczył progu synagogi. Modlił się tylko w domu. Na pytanie: „Dlaczego?”, odpowiadał: „Zginął cały naród. Zginęła cała moja rodzina. Gdzie był wtedy Bóg?”. Ja z mamą i bratem chodziliśmy raz w roku na Jom Kippur do synagogi na Rewolucji 1905 roku. Pamiętam, jak któregoś razu weszliśmy przez babiniec, siedliśmy w ławce i przysłuchiwaliśmy się śpiewom. A był to według tradycji sądny dzień, kiedy Bóg feruje wyroki. I nagle usłyszałam rozdzierający płacz. Wypełniał całą świątynię, był tak głośny, że dźwięk wkręcał się w głowę, duszę i serce. Jakby ten płacz miał zakląć tragiczny los narodu… Po latach śpiewałam w tej synagodze i wciąż ten płacz brzmiał mi w uszach. Byliśmy jedną z nielicznych żydowskich rodzin, w której obchodziło się święta. Wprawdzie nie świętowaliśmy sobotniego szabasu, ale obiad wtedy był uroczysty. Lubiłam żydowską Wielkanoc Pesach. Tata wkładał tefilin, odpowiadał na pytanie, które – według tradycji – zawsze zadaje jedno dziecko z rodziny. Na stole stał kieliszek dla proroka Eliasza, który mógł przyjść tego wieczora. Z drugiej strony wbrew tradycji mieliśmy choinkę, a magię świąt Bożego Narodzenia łączyliśmy z żydowską Chanuką. Były więc chanukowe prezenty i gry dla dzieci, i czekoladki w kształcie monet. Pamiętam też chwilę, kiedy wujek mnie, kilkuletniej wówczas dziewczynce, kręci nad głową kogutem. Potem dowiedziałam się, że to Kaparot, jeden z obrzędów Jom Kippur, polegający na oczyszczeniu z grzechów. I choć wtedy pewnie byłam przestraszona, dziś przechowuję tę chwilę jako cenne wspomnienie.

Jeden z pisarzy powiedział, że „Ojczyzną Żydów jest pamięć”. Całe swoje życie spędziłam na kultywowaniu wspomnień, składaniu w historię skrawków pamięci. Łaskawy czas podsyła mi ich coraz więcej. Pamiętam, że kilka lat temu po jednym z przedstawień w Teatrze Żydowskim podszedł do mnie starszy pan. Ktoś wcześniej szepnął mi, że szuka Menaszego i Szmula Tencerów. Obaj, wujek i tata, już nie żyli. Powiedziałam, że ja, Gołda Tencer, jestem córką Szmula. Zaprosiłam go na kolację. Pan Niedober, bo tak się nazywał, dużo opowiadał o tacie, którego znał z czasów wojennych i sprzed wojny, dopełniając obrazu, którego nie znaliśmy. Podobno przed wojną był bardzo religijny, rodzinny, choć ciągnęło go z rodzinnego Łukowa do Warszawy. Ale jak przyjeżdżał, chował pejsy pod kapeluszem, frędzle od cyces, tradycyjnej koszuli noszonej przez Żydów, wciskał w spodnie. Opowiedział nam o bunkrze, w którym zginęła pierwsza żona taty i córeczka… Ów pan po wojnie wyemigrował do Stanów i kiedy dwa lata po naszym spotkaniu tam pojechałam, raz jeszcze chciałam się z nim spotkać. Ale jego telefon milczał. Może zmarł… Nigdy się nie dowiem… Wielu rzeczy się już nie dowiem, wielu skrawków pamięci nie odszukam. A czy zostanie po mnie ktoś, kto będzie to kontynuował? Mój syn Dawid, którego kocham nad życie? Oboje z moim mężem Szymonem Szurmiejem robiliśmy wszystko, by nie zarazić go poholocaustową traumą. Ale jak tylko nie wracał długo do domu, staliśmy na zmianę w oknie… A tradycje ze swojego domu kultywuję. I też raz w roku chodzę do synagogi, tyle że do warszawskiej Synagogi imienia Nożyków, a moim miejscem modlitwy nadal jest babiniec na górze.

– Wróćmy do czarno-białej Łodzi. Do Gieni Tencer. Właśnie dlaczego przez jakiś czas Gieni, a nie Gołdy?

Rodzice nadali nam żydowskie imiona. Zgodnie z tradycją po dziadkach. Ja zostałam Gołdą, mój brat Jankielem Lejbem. Ale potem przestraszyli się i spolszczyli je. Tak zresztą zrobili rodzice wszystkich moich przyjaciół. Więc Ryfka była Renią, Hana – Hanką, Maria Bina – Marysią, Izrael – Marianem, Jankiel – Januszem… Ale na świadectwach maturalnych wszyscy znów dumnie mamy wypisane żydowskie imiona. Tyle że używanie przez lata polskich odpowiedników weszło niektórym w krew i tak pozostali. Ja jednak chciałam być Gołdą. Bardziej czuję się Gołdą niż Gienią.

– W 1957 roku mała Gołda – Gienia zaczyna edukację w żydowskiej szkole imienia Icchoka Lejba Pereca.

„Icchok Lejbusz Perec, pisarz, urodził się w Zamościu w Generalnej Guberni…”. Jego życiorys każdy uczeń klepał na pamięć. Pierwsza szkoła mieściła się na Kilińskiego 49, w zabytkowym domu. Potem przeniesiono ją do kamienicy na Więckowskiego 13. Wydawała mi się wtedy ogromna. Ale kiedy przyjechał z Ameryki mój przyjaciel Szymon i poszliśmy ją oglądać, stanęliśmy jak wryci. „Gołda, czy ta szkoła wtedy też była taka mała?”. Nie, to my urośliśmy… Jaka była nasza szkoła? Łza się kręci… Miała klimat. Chodziły do niej tylko żydowskie dzieci, ale program był normalny. Dwa razy tylko w tygodniu nauka jidysz i o godzinie zerowej lekcja historii Żydów, bo nie można już wówczas było włączyć jej w program. Poza tym wszystko jak w szkole, i betonowe boisko, na którym graliśmy w palanta, i sala gimnastyczna, i klasy z tablicami. Tyle że mój rocznik zaczynało sześćdziesięcioro dzieci, a do matury przystąpiło już tylko dziesięcioro. Reszta wyjechała z biletem w jedną stronę… Kiedy patrzę na zdjęcie klasowe, mogłabym wymieniać: Szymon w Nowym Jorku, Maria w Teksasie, Michał w Szwecji, Grzesiu w Danii, Renia w New Jersey, Hanka w Izraelu, Heniek też w Izraelu, Renia w Brukseli… Kilka lat temu według mojego pomysłu Sławomir Grünberg zrobił film „Perecowicze” o nas, wychowankach żydowskiej szkoły. Jesteśmy rozsianymi po świecie Perecowiczami, których Marzec ’68 wygnał z Polski. Ale na szczęście nie zabił w nas miłości.

– W „Perecowiczach” właśnie któryś z pani kolegów pięknie powiedział: „Byliśmy pokoleniem, które wolało słuchać Beatlesów, niż zajmować się tym, co mówił Gomułka”.

I tak było. Nie wiem, dlaczego ludzie myślą, że żydowska młodzież przesiadywała w synagogach. Prowadziliśmy kolorowe życie. Kino, teatr, prywatki, potańcówki. Wtedy był Piotr Szczepanik i jego słynny przebój „Puste koperty”. Kolega Janusza przysłał nam z Ameryki płytę Paula Anki. Tańczyliśmy przy niej do upadłego. Były przyjaźnie, pierwsze miłości, popalało się papierosy. Wszyscy wtedy palili, nie wiedzieć dlaczego. Chciałyśmy być dorosłe, dobrze się ubierać. Kiedy szłyśmy Piotrkowską z Renią, Hanką i Rajką, a wtedy modne były metalowe obcasy, huk niósł się po całej ulicy. I nie było nikogo, kto by się za nami nie obejrzał. Mówiłyśmy wtedy: „Łódź jest najpiękniejsza, nigdy z niej nie wyjedziemy”. Życie jednak szykowało nam inny scenariusz.

– Ze zdjęć spogląda na mnie śliczna dziewczyna z czarnymi, kręconymi włosami…

Które i wtedy, i dziś usiłuję prostować.

– I jak dziś ubierałaś się na czarno?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, może dlatego, że jak mówiłam, widzę Łódź i wszystko, co się wówczas działo, w czerni i bieli. Za to pamiętam inną historię. Ponieważ nam powodziło się lepiej, tata miał przecież prywatną inicjatywę, mama kupowała mi w „Telimenie” sukienki, których nie nosiłam. Wstydziłam się, że będę lepiej ubrana niż koleżanki. I jak one do dziś wspominają, wpadły kiedyś do mnie po południu i chyba Hanka otworzyła z impetem szafę. Jakież było jej zdziwienie, gdy odkryła, że wisi w niej mnóstwo sukienek z nieoderwanymi metkami… Byłam skromna. Nie lubiłam się wyróżniać.

– To czemu chciałaś zostać aktorką?

Mówiłam o tym od dziecka. Występowałam w teatrzykach, śpiewałam piosenki. Na maturze dostałam książkę „Labirynt teatru” Arnolda Szyfmana z dedykacją: „Przyszłej Idzie Kamińskiej”. Jaka byłam dumna. Chciałam grać w Teatrze Żydowskim. Kiedy Teatr Żydowski przyjeżdżał do Łodzi, to było święto. A przyjeżdżali szczególnie z jednym przedstawieniem – „Sen o Goldfadenie”. Widziałam go wiele razy i chciałam grać Mirele. I po latach ją zagrałam. Bube Jachne też zagrałam… I dostałam się do Teatru Żydowskiego w Warszawie… Ale to już inna historia. Tak odległa od tej łódzkiej…

– Wasze kolorowe lata przerwał Marzec ’68.

To się nie miało prawa wydarzyć. A jednak… 20 lat po wojnie znów trzeba było pakować się, zostawiać domy, przyjaciół, świat. Skrzynie… Pamiętam skrzynie. W domach wyjeżdżających stały skrzynie, tylko jedną można było zabrać. W niej obowiązkowo dywan, zgodnie z tradycją, by móc gdzieś od nowa zacząć. Dywan musiał być stary, nowego nie można było wywieźć. Więc jak ktoś kupował nowy, chodziliśmy po nim godzinami, by wyglądał jak stary. Wielu moich przyjaciół noc przed wyjazdem spędzało w naszym domu. Rankiem odprowadzałam ich na dworzec Łódź Fabryczna. Bywały tygodnie, że codziennie kogoś odprowadzałam. A potem patrzyłam za odjeżdżającym pociągiem i myślałam: A mnie kto odprowadzi? Kto zostanie? Janusz, mój brat, wrócił któregoś dnia pobity i zadecydował: „Wyjeżdżam”. Wyemigrował do Szwecji, nawet myśleliśmy, żeby do niego dołączyć, ale on sam napisał: „Nie przyjeżdżajcie. Tata by tego nie przeżył”. I miał rację. Tu, w Łodzi, tata był „tym” Szmulem Tencerem od torebek. Miał swój zakład i swój sklep, życie, które po wojnie na nowo odbudował, ludzie go szanowali, kłaniali się: „Dzień dobry, panie Szlamek”. Kim byłby tam? I czy umiałby raz jeszcze zaczynać od zera? Zdecydował: „Zostaję”. Zresztą Marzec ’68 przeżył tylko o trzy lata.

– Dlaczego Ty zostałaś?

Ja wyjechałam do Warszawy, do teatru, do pracy, do wymarzonego aktorstwa, do dorosłości. Ale to było co innego. Musiałam zostać, bo oni musieli mieć do kogo wrócić. Wiele lat później na warszawskim Dworcu Gdańskim razem z Fundacją Shalom powiesiliśmy tablicę poświęconą tym, którzy w Marcu ’68 wyjechali z dokumentem w jedną stronę. I cytat: „Oni więcej zostawili po sobie, niż mieli”. Chciałam powiesić tę tablicę, bo to jest symbol wszystkich dworców, z których wyjeżdżali polscy Żydzi, także symbol mojej Łodzi Fabrycznej, gdzie żegnałam przyjaciół i gdzie rozsypywał się mój świat. Myślałam: Jak można tak zniszczyć ludziom życie? Dlaczego? Za co? Wielka aktorka Ida Kamińska, założycielka Teatru Żydowskiego, która również wyemigrowała po Marcu, kiedy przyjechała po latach, na scenie powiedziała do publiczności: „Żydzi Warszawy, nie wiem, kto lepiej zrobił. Ja, która wyjechałam, czy wy, którzy zostaliście”. Za trzy lata minie 50 lat od wydarzeń marcowych. A to wciąż boli. I wciąż tęsknię. Stworzyłam Festiwal Kultury Żydowskiej imienia Isaaka Bashevisa Singera, by moi rozsiani po świecie przyjaciele mieli po co przyjeżdżać. I przyjeżdżają wszyscy, ja jeżdżę do nich. Kiedyś listy, teraz e-maile idą w obie strony przez granice, przez Atlantyk. Któregoś razu dostałam od nich piękny zeszyt z wpisami: „Kochana Gołdo, dzięki Tobie spotkałam się z moją klasą po 50 latach”. Albo: „Gołda kochana. Twoje ogromne, gorące serce ogrzewa nas, gdziekolwiek jesteśmy”. „Dzięki Tobie jesteśmy razem, nie tylko w Warszawie, ale cały czas”. Niektórzy wpisali się po polsku, inni po angielsku, jeszcze inni po hebrajsku. Przechowuję ten zeszyt jak relikwię. Nie żyjemy przeszłością, ale od wspomnień nie da się uciec. Więc ta nasza Łódź nieustannie pojawia się w rozmowach. „A pamiętasz, Gołda, że wy mieliście jedyny telewizor w kamienicy? Jaki to był? Rubin?”. Ktoś inny: „A jak się kłóciliśmy, gdy był mecz Polska – Izrael? Tylko czy ktoś pamięta, w co grali?”. „A studniówkę pamiętasz?”. Pamiętam. Pamiętam. Nawet ostatnio odnalazłam swoje pamiętniki z tamtych czasów.

– Z pamiętnika 18-letniej Gołdy Tencer. Przeczytaj…

„Studniówka, 17 lutego 1967. Przeszło miesiąc trzeba było namawiać chłopców, by się zgodzili na studniówkę. Rodzice się zgodzili, a oni nie. Panie też chciały zrezygnować, tylko ja dotrwałam do końca. To trzeba było widzieć, co wyprawiałam w klasie. W końcu ich przekonałam. Program mieliśmy dobry, piosenki wyśmienite. Wyglądałyśmy bardzo ładnie, byłam w czarnej garsonce. Zresztą Grosmanowa następnego dnia powiedziała mamie: „Gienia wyglądała najładniej ze wszystkich dziewczyn w tej swojej minispódniczce”. Z Warszawy z prasy przyjechał Natan Tenenbaum. Wszystkim studniówka się podobała, do końca życia jej nie zapomnę. To była moja studniówka, była na niej cała rodzina Tencerów. Tego wieczoru nie można opisać, może dlatego, że był mój”.

– Szczęśliwy jest ten, kto ma co wspominać.

Dlatego tak przechowuję zdjęcia, przedmioty, listy. Oglądam je czasami, jak ten fartuszek szkolny, który ci pokazałam. Jest śliczny, ma cudne kieszonki, cery na rękawach, które zaszywała mi mama. Brakuje mu jedynie białego kołnierzyka, który się nie zachował. W tym fartuszku codziennie chodziłam do szkoły, a on rósł wraz ze mną. Te wszystkie kleksy, łaty, cery są kawałkiem historii. Przypominają mi o przyjaciołach. Oni wyjechali, ja zostałam z fartuszkiem.

– Co byś straciła w życiu, gdybyś nie urodziła się w Łodzi?

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym urodzić się gdzie indziej. To jest moje miejsce na ziemi, łącznie z podwórzem na Próchnika 28, drewnianymi schodami, piwnicą i odrapaną klatką. Z tego miejsca udało mi się pójść dalej i to jest mój bagaż, który dźwigam przez życie. Pewnie gdybym nie przeżyła tego wszystkiego, nie zostałabym strażnikiem pamięci. Nie umiałabym opowiadać historii tych, którzy opowiedzieć ich już nie mogą. Ja im przywracam pamięć i głos. I to jest moja modlitwa. Mój kadysz. A dlaczego bolą mnie te powroty do Łodzi? Dlaczego nie chcę już zobaczyć domu, w którym się wychowałam? Mój przyjaciel Ryszard Marek Groński, kiedy zwierzyłam mu się, że nie byłam w stanie przekroczyć progu naszego starego mieszkania, powiedział mi: „Zostaw to we wspomnieniach”. Więc zostawiłam. Jak widzisz, teraz też doszłam tylko na półpiętro. Dalej nie mogę…

Rozmawiała Katarzyna Przybyszewska

Łódź, 22 października 2015 roku. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Blogerka Szczesliva opowiedziała nam o blaskach i cieniach macierzyństwa

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Małgorzata i Radosław Majdanowie o tym, czego nauczyli się o sobie dzięki podróżom! Zobacz ich niezwykłe zdjęcia z Izraela!