Anna Dymna: "Dobro czasem budzi największą agresję. Niektórzy nie znoszą mnie za to, jaka jestem"

Anna Dymna
Fot. WFDiF

"Niektórzy powtarzają: »Ania Dymna, taka dobra i łagodna«. I to jest straszne, bo dobro czasem budzi największą agresję. Niektórzy nie znoszą mnie za to, jaka jestem" – mówi  Anna Dymna  w rozmowie z Marzeną Rogalską w magazynie "Uroda Życia".

 

- Pamiętasz Kraków z dzieciństwa, z lat 50.?
Mieszkałam wtedy na ulicy Nowowiejskiej w dzielnicy Zwierzyniec, gdzie były wiejskie klimaty: pola pszenicy i kapusty, sąsiadka miała kozy… Całe moje dzieciństwo to Młynówka, rzeczka, której już nie ma, nad którą chodziliśmy na pijawki i jeździliśmy na łyżwach, gdy zamarzała. Wychowywałam się z siedmioma chłopakami, więc miałam takie dzikie dzieciństwo. A jak się wybieraliśmy na rynek, to była wycieczka „do miasta”, chociaż droga tramwajem zajmowała zaledwie siedem minut. Te wycieczki to były wielkie przeżycia, mam nawet z tego okresu zdjęcie pod pomnikiem Mickiewicza...

 

- Na który teraz patrzymy, siedząc na Rynku Głównym właśnie!
Później pamiętam, że jak o czwartej rano wracałam z Piwnicy pod Baranami, to wzruszał mnie dźwięk jeżyków. One chyba już nie latają, ale ten ich krzyk był najpiękniejszy na świecie. Z tym kojarzy mi się Kraków. I ze szczękiem rozwożonego rankiem mleka.

 

- A z jazzem Kraków ci się nie kojarzy? Zapytałam o jazz z powodu „Excentryków” Janusza Majewskiego – film w styczniu pojawi się w kinach i opowiada o miłości do jazzu.
Opowiem ci, jak dostałam propozycję zagrania w tym filmie. Janusz Majewski jest jednym z reżyserów, których ja po prostu kocham całe życie. Poznaliśmy się przy „Barbarze Radziwiłłównie”, potem, po latach, zagrałam u niego w serialu „Siedlisko”. Przyjaźniłam się z jego żoną, Zosią Nasierowską, byliśmy razem w Japonii. To są takie moje skarby, bo ja jestem kolekcjonerem ludzi, momentów, rozmów... I są tacy ludzie, z którymi rzadko się spotykam, bo nie zawsze biegamy tymi samymi szlakami, ale mnie się łatwiej żyje, wiedząc, że oni są, a oni wiedzą też, że ja jestem. To jest największa energia. Pamiętam, stoję na dworcu w Warszawie, podjeżdża pociąg, dzwoni Janusz Majewski i mówi: „Aniu, wiesz, mam taki problem…”.  „Januszku, wal śmiało!” „Ale nie wiem, jak ci to powiedzieć… Czy ty byś się zgodziła zagrać starą, grubą babę?”. Odpowiadam: „Janusz, ale ja mam 64 lata, gruba jestem wystarczająco, stara jestem… Całe życie na to pracowałam, żeby ci teraz pomóc”. „Aniu, ale jeszcze jest taka sprawa, że…” i wtedy ruszył pociąg, przerwało nam połączenie. Po chwili oddzwaniam do Janusza, a on mówi: „Bo ona jest alkoholiczką”. Uspokajam go, że podołam, że znam alkoholików, że grałam już kiedyś alkoholiczki. I on zaczyna mi opowiadać, że jest rok 1957, że moja postać była właścicielką pensjonatu w Ciechocinku, żyła na wysokim poziomie, grała na fortepianie, piła dobre trunki, ale przyszła komuna i to wszystko jej zabrali. Pozwolili jej wprawdzie w tym pensjonacie mieszkać, ale od tego momentu ona leży w łóżku, chleje, pali, kompletnie się degeneruje. I na koniec Janusz dodaje: „I jeszcze jest, Aniu, jeden problem, bo ona w ramach walki z pasożytnictwem dostaje później pracę w pionie kultury i oświaty, bo zostaje babcią klozetową w sraczu teatru letniego”.

 

Anna Dymna w roli klozetowej
Fot. WFDiF

Anna Dymna w roli babci klozetowej w filmie "Excentrycy"

 

 

- To ci zafundował rolę!
Ależ ja mu powiedziałam, że całe życie marzyłam o tym, żeby zagrać babcię klozetową! I powiem ci, skąd się to wzięło. Na Wawelu, po prawej stronie przed wejściem na dziedziniec, była toaleta. Pamiętam, że siedziała tam babcia klozetowa – miała stolik, na nim stał piękny talerz, bułki z masłem i z białym serem, a pod spodem był koszyk, w którym leżała kociczka i trzy małe kotki. I myśmy kochali tę babcię! Miałam wtedy pięć, sześć lat i myślałam sobie: „Boże święty, żeby kiedyś mieć taką pracę! Też bym miała takie kotki i bułeczki!”.

 

- Więc rolę przyjęłaś.
Ale jak przeczytałam scenariusz, to się przeraziłam, bo Janusz mi nie powiedział, że ona tak klnie, że jest taka wulgarna. To jest w sumie epizod, bo film jest o czym innym. O jazzie, o swingu, o wolności. I jest przepiękny, a „stań po słonecznej stronie” to jest hasło mojego życia. Tylko że moja postać jest rzeczywiście okropna. Jeszcze miałam takiego pecha, że w pierwszych dwóch dniach musiałam zagrać całą rolę. Pierwszego dnia miałam wypalone podniebienie, bo musiałam palić papierosy i wypiłam ze trzy litry ice tea, która udawała whisky…

 

- Czy ten film pomoże nam „stanąć po słonecznej stronie”?
Pomoże, bo to jest film o tym, że jeżeli masz jakąś pasję i miłość, to nikt ci tego nigdy nie zabierze, bo masz to w środku, bo to jest w tobie.

 

- Ale mam poczucie, że ty, będąc po słonecznej stronie, i tak kusisz los, bo przeginasz i nie dbasz o swoje zdrowie.
Nie. Nie jestem taka głupia. Ale rzeczywiście, to, że mając 64 lata, cały czas gram w teatrze w moim stanie zdrowia, to jest przeginanie. Nie powinnam grać w „Trylogii” po operacji barku czy stawu skokowego. Ale wiesz, jaka to jest satysfakcja, kiedy po czterogodzinnym przedstawieniu zmordowana idę do windy i myślę: „Boże, jeszcze raz się udało, dałam radę i nie było gorzej!”.

 

Rozkładówka
Fot. Uroda Życia

Rozkładówka magazynu "Uroda Życia", styczeń 2016

 

 

- Zaczęłaś z takim rozmachem prowadzić drugie życie, że czasem się boję, że za chwilę Dymną zaczną kojarzyć głównie z pracą charytatywną, a dopiero potem z aktorstwem.
Na wszystko jest czas, trzeba znać tylko hierarchię ważności. Najważniejsi są rodzina i bliscy. Jak się mojemu dziecku będzie coś działo, to rzucam wszystko. Nie mogę mieć wyrzutów sumienia, że nie poświęcam czasu mojemu synowi, bo on właśnie skończył 30 lat. Ja się z nim przyjaźnię i on wie, że zawsze jestem, że może zadzwonić i że mu zawsze pomogę… O, wczoraj na przykład pomogłam mu umywalkę kupić! Jakby się mojemu mężowi, Krzyśkowi coś działo, to też go nigdy nie zostawię. Wtedy wiem, z czego mogę zrezygnować. Potem jest teatr, bo to jest mój zawód, mój świat, mój obowiązek, więc wszystkie inne rzeczy, które robię, muszę dostosowywać do pracy w teatrze. Mówisz, że o siebie nie dbam… Niedawno zagrałam „Trylogię” w Świdnicy, ale żeby móc to zrobić, pojechałam najpierw do Malinowego Zdroju na dwa tygodnie. Inaczej by się nie udało, bo mam potworne kłopoty z kręgosłupem. To nie jest tak, że jestem taka głupia, że „Matka Boska, oddałaby życie, tak się poświęca”. Nie, ja to wszystko mam wymyślone. Na przykład zaraz po powrocie ze Świdnicy pojechałam na 10 dni na Sardynię, żeby się w ogóle wyłączyć. Wprawdzie lotu samolotem mój kręgosłup nie kocha, ale mnie się uruchamia wtedy taka radość życia, że jest tak jak w haśle Dymnego.

 

- W jakim haśle Dymnego?
„Ból to ciul. Najważniejsza jest świadomość”. Sprzedaję to hasło we wszystkich salach rehabilitacyjnych, jak ćwiczę z tymi kalekami. Wszyscy cierpią, a ja krzyczę: „Ból to ciul! Najważniejsza jest świadomość!”. Pojechałam na tę Sardynię, a na Sardynii we wrześniu było pusto, dziko, woda miała 23 stopnie i nikt się nie kąpał, bo niby taka zimna, więc ja siedziałam przez 10 dni w Morzu Śródziemnym. Zjeździłam 800 km serpentynami nad przepaściami i widziałam przecudne widoki! Wszystko to sobie sfotografowałam na wypadek, gdyby mi się zapomniało. Teraz mam iPada, to jednocześnie mój aparat. Na nim mam zdjęcia z podróży do Azji, dokąd wzięłam moją koleżankę, o rok tylko młodszą, i przejechałyśmy sobie we dwie Tajlandię, Wietnam i Kambodżę. Dwie stare baby, które sobie poradziły. Chcieli nas okraść w Hanoi, ale się nie dałyśmy, złapałyśmy złodzieja za rękę i aż mi go żal było, że tak sobie chciał ukraść mojego iPadzika i nie udało mu się… (śmiech)

 

- Czy Dymna, chodząca dobroć, nie wytrzymuje czasem i wybucha?
Uśmiecham się, nawet kiedy mi ktoś przywala, dlatego że nie mam siły na agresję, a poza tym wiem, że przez agresję wszystko stracę. Ja po prostu nie mam siły, żeby się denerwować, żeby nienawidzić. Nie tracę na to czasu, natomiast są momenty, kiedy muszę być twarda. Mówię twardo, ale rozmawiam z ludźmi spokojnie, doprowadzając ich tym do szału.

 

Anna Dymna w 1972 roku
Fot. EastNews

Anna Dymna w filmie "150 na godzinę" w 1972 roku

 

 

- Sprytna metoda!
To w ogóle nie jest żadna metoda, taki mam charakter. Jest taki Medal Świętego Jerzego za „walkę ze smokami”, a ja go dostałam za „oswajanie smoków”, bo wolę kogoś oswoić i zmienić niż go zabijać. Są ludzie, których po prostu unikam, bo nie mam czasu na walkę. Mówi się: „Ania Dymna, taka dobra i łagodna” i to jest straszne, bo dobro budzi największą agresję w ludziach. Niektórzy mnie nienawidzą za to, że taka jestem. Dostaję czasem w łeb, ale, Boże święty, mnie to nie boli. To problem tych ludzi, a nie mój.

 

- Nie masz czasem wrażenia, że świat zwariował?
Z całą pewnością coś złego się dzieje, bo ludzie są coraz bardziej samotni. Jak rozmawiam z moimi studentami, to 80 procent jest z rozbitych rodzin. Jeden chłopiec powiedział: „Ja jestem z nienormalnej rodziny, bo moi rodzice się kochają”. Coraz rzadziej się spotykamy. Ty jesteś jedną z nielicznych dziennikarek, która przyjeżdża i rozmawia ze mną twarzą w twarz. Wiesz, ilu dziennikarzy pisze do mnie maile w stylu: „Tutaj są pytania, proszę odpowiedzieć” albo proponują mi wywiad przez telefon. A ja się na to nie zgadzam. Ludzie zamiast ze sobą rozmawiać, przekazują sobie informacje…

 

- A jak się ma twój przyjaciel Krzysztof Globisz?
Zaraz po naszym spotkaniu idę go odwiedzić. Kocham go, bo on jest taki prawdziwy, taki biologiczny. To jest tak dobry człowiek, że o cokolwiek by się Krzyśka poprosiło, to on nigdy nie powiedział: „Anka, nie mam czasu, bo mam premierę”, tylko mówił: „Ty, kurde, ja bym zdążył! Dam radę!”. I zawsze pomagał.
Krzysiek to jest człowiek, który sobie zasłużył na przyjaźń, zasłużył sobie na pomoc. I jak mu tak pomagamy w tej chorobie, to ludzie czasem piszą: „Dlaczego pomaga się komuś takiemu, a mnie nie”, więc ja ludziom odpisuję, że musimy żyć tak, żeby mieć przyjaciół, bo wtedy, jak będzie źle, to oni zawsze ci pomogą.

 

- To ci daje dużo siły?
To, że moi koledzy rzucają wszystko i pomagają, daje mi ogromną siłę. Natomiast są ludzie, którzy często mówią tak: „A czy pani nie zauważyła, że niektórzy artyści chcą sobie ocieplać wizerunek tym działaniem?”. Kiedy słyszę zarzuty, że „Dymna udaje, że coś robi”, to życzę, żeby każdy tak udawał. Pracuję dzień i noc – nie udaję i robię to, bo mi się to podoba, i wara od tego, dlaczego to robię.

 

Rozmawiała Marzena Rogalska

 

Cały wywiad z Anną Dymną w najnowszym numerze magazynu "Uroda Życia", styczeń 2016

 

Uroda Życia - okładka
Fot. Bartek Wieczorek / LAF AM

 

Polub nas na FB
Może Cię również zainteresować:

"Nikt nie śpiewa, nie tańczy na rurze". Anna Dymna na planie programu "Spotkajmy się"