WSPOMNIENIE

„Tu muzyka wibruje. Ciągle słyszę jazz”. Za co Tomasz Stańko pokochał Nowy Jork?

Przypominamy nasz wywiad i sesję z wybitnym muzykiem

Katarzyna Przybyszewska 29 lipca 2018 13:43

Zmarł Tomasz Stańko, światowej sławy trębacz i jazzman. Przypominamy rozmowę z muzykiem, którą w lipcu 2016 roku przeprowadziła w Nowym Jorku redaktor naczelna VIVY!, Katarzyna Przybyszewska. W podróży towarzyszył im fotograf Bernard Kwapiński. Powstała wyjątkowa sesja. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć i przeczytania wywiadu.  

Nowy Jork, czyli wielka miłość Tomasza Stańki

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jak zobaczył Nowy Jork, postanowił, że kiedyś tu zamieszka. Ale tylko wtedy, gdy będzie mógł to zrobić na własnych warunkach. Okazja nadarzyła się… ponad 30 lat później. I jak twierdzi, była najlepszą decyzją w jego życiu, bo nigdy nie jest za późno na zmiany i realizację zamierzeń.

„Na Manhattanie ludzie żyją blisko siebie. Nikt tu nie jest wielki i nikt nie jest malutki”, mówi Tomasz Stańko chwilę potem, gdy nasz samochód mija idącego ulicą wybitnego jazzmana Lee Konitza. Od lat mieszka na Upper West Side, co rano rytualnie idzie po kawę i gazetę. Nawet chcemy się zatrzymać, zamienić z nim dwa słowa, ale zanim znajdujemy kawałek wolnej przestrzeni, by zaparkować auto, artysta znika w tłumie. Tak już jest w Nowym Jorku, nigdy nie wiesz, kogo spotkasz za rogiem. Choć jest sobotni ranek, miasto szybko budzi się do życia. Znikają wystawione na chodnikach worki śmieci, pamiątki po nocnym życiu mieszkańców, wielkie polewaczki czyszczą ulice. Słońce już prześwieca przez drapacze chmur. Mamy godzinę może, zanim utoniemy w tłumie. Na Time Square akurat kręcą film, trzymamy się blisko siebie, by się nie zgubić. Chociaż z drugiej strony… zgubić się w Nowym Jorku. Na godzinę, dwie, nawet na chwilę. Kto by nie chciał.

– Naprawdę od razu zakochał się Pan w Nowym Jorku? Mówi się, że żeby pokochać Nowy Jork, trzeba go oswoić.

Tomasz Stańko: Tak mówią? Ja zakochałem się od razu. Kiedy tylko się tam znalazłem. Był koniec lat 70., pojechałem grać koncerty do Stanów. Parę dni pomieszkałem w Nowym Jorku, potem ruszyłem dalej w trasę. Ale to miasto mnie powaliło. Te szerokie, niekończące się ulice, gigantyczne domy zasłaniające słońce, te latające papiery, ten brud charakterystyczny dla wielkich metropolii, ci pędzący gdzieś ludzie, ci Afroamerykanie z wielkimi radiami noszonymi na ramionach, roztańczeni, kolorowi, szaleni. Wszystko buzowało w rytmie niezwykłej ruchliwości ulicy. Jak muzyka, jak jazz. Nie miałem pojęcia, że to tak wygląda. Jako młody chłopak zaczytywałem się w Encyklopedii jazzu, ale nie przypuszczałem, że miasto może mieć jazzowy charakter. Mieszkałem w centrum, w hotelu IMCA, na 64th Street, bodaj przy Central Parku. Wspaniałe miejsce na nowojorski „pierwszy raz”. Ilekroć potem byłem w Nowym Jorku, zawsze szedłem tam popatrzeć, co się dzieje. Dla mnie to było centrum Wszechświata.

– Woody Allen twierdzi, że Nowy Jork to nie tylko miejsce, to stan umysłu.

Tomasz Stańko: I to prawda. Zawsze na Ziemi było jakieś centrum, punkt odniesienia. Starożytni mieli Rzym, Ateny, Babilon czy Aleksandrię. Dziś pępkiem świata jest Nowy Jork, bo tu wszystko się miesza, Wschód spotyka się z Zachodem, Południe z Północą, chińskie wpływy mieszają z afrykańskimi, a człowiek odkrywa w sobie nowe pokłady energii. Tak czułem za każdym razem, kiedy samolot lądował na lotnisku JFK. I za każdym razem taka zuchwała myśl chodziła mi po głowie: A może by pomieszkać tutaj dłużej…

– I czemu Pan wtedy tego nie zrobił? Nie chciał Pan spróbować szczęścia?

Tomasz Stańko: Bo to było ponad moje siły. Miałem młodą żonę, młodą rodzinę, właśnie urodziła mi się córka Ania. Poza tym, przyznam szczerze, jestem leniwy i nie lubię emigracji. Nie wiem, czy umiałbym sobie poradzić w ciężkich, kapitalistycznych warunkach. A że nie wyżyję z muzyki, wiedziałem na pewno, bo Nowy Jork to mordercze miasto, a konkurencja jest ogromna…

– Ale Pana koledzy, choćby Adam Makowicz czy Michał Urbaniak, już na początku lat 70. wyfrunęli do Nowego Jorku i jakoś im się udało.

Tomasz Stańko: Zwłaszcza Michał miał nosa do Ameryki. Był sprytny, zaradny i w zasadzie od samego początku związał się z wielką wytwórnią muzyczną Universal. Bywałem często u Michała i Uli Dudziak. Mieszkali wtedy na rogu 58th i Siódmej Alei. Raz nawet Michał zaprosił mnie na swój koncert. Grał wtedy w The Bottom Line ze słynnym Marcusem Millerem i innymi znanymi jazzmanami. Podobało mi się, ale zaraz pomyślałem, że żeby zostać, muszę wynająć mieszkanie, znaleźć agenta, zacząć dużo grać. Granie w klubach jazzowych to prestiż, ale do tej pory dostaje się za to marne grosze. Ile trzeba się więc nagrać, żeby przeżyć? I jak to załatwić? Byłem wprawdzie już znany w kręgu muzyków amerykańskich, bo moja wydana w 1976 roku płyta Balladyna, nawet w Nowym Jorku uchodziła za kultową, ale to nie zmieniało faktu, że musiałbym sam rozpocząć długą, żmudną walkę o pracę. Do tego obcy język, te wizy, te zielone karty, pozwolenia, ubezpieczenia… Pamiętam, że przez chwilę pomyślałem, że może zostanę stroicielem pianin, bo mam dobry słuch, a i praca dla stroiciela zawsze się znajdzie. Potem jednak puknąłem się w głowę: Co ja mam wspólnego ze strojeniem pianin? I machnąłem ręką. Wróciłem do Polski.

– Pana romans z Nowym Jorkiem, a nawet z Ameryką mógł zacząć się wcześniej. Przecież już w drugiej połowie lat 60. Krzysztof Komeda chciał Pana ściągnąć za ocean.

Tomasz Stańko: Tuż przed jego wyjazdem przechadzaliśmy się po żoliborskim placu Inwalidów i Krzysztof mówił, że jak się tam osadzi, to mnie ściągnie. Ale, nawet gdyby jego życie nie potoczyło się inaczej, byłoby to trudne. Krzysztof nie grałby jazzu, bo świetnych muzyków jazzowych w Stanach jest mnóstwo, a świetnych kompozytorów nie ma wielu. A dla mnie to było nierealne. Jazz to specyficzna muzyka, niszowa, trzeba mieć do niej pewien typ talentu, ale rzadko który film komercyjny ma w czołówce jazz. Nie jestem też człowiekiem, który idzie i walczy, jak to zrobił Jan A.P. Kaczmarek. Wolę zajmować się sztuką, muzyką niż walką o życie. Ale ta iskierka tęsknoty za Nowym Jorkiem tliła się we mnie przez lata. Nie dawała spokoju…

– Marzenie o Nowym Jorku… Kto nie ma takich marzeń?

Tomasz Stańko: Dla mnie marzenia to coś na poziomie abstrakcji. Służą przetrwaniu, nie rozwiązują codziennych spraw. Zresztą co ja mogę powiedzieć o marzeniach, skoro zanim zamarzyłem, już grałem z Komedą. Ale nie lubię, gdy ktoś mówi „wymarzyłem sobie”, bo ja nie wymarzyłem sobie Nowego Jorku, po prostu krok za krokiem szedłem w tym kierunku, wierząc, że nadarzy się okazja, chwila, łut szczęścia, że wyląduję tu na dobre. Mam taką filozofię w życiu, że jeśli się czegoś bardzo chce, osiągnie się to, mimo kłód rzucanych pod nogi i nieprzychylnych okoliczności. Szczęście trzeba umieć chwycić, dotknąć, wiedzieć, co jest tym szczęściem. Dla mnie był to rytm tego miasta… Dotarłem do niego dość późno, prawie 30 lat po pierwszej wizycie, ale dotarłem. Może to było dla mnie najlepsze? Mam jakąś dziwną intuicję, że robię to, co jest dla mnie korzystne w odpowiednim momencie. Tymczasem żyłem. Przez lata 80. i 90., początek nowego tysiąclecia zatracałem się w graniu, jeździłem po świecie, koncertując. Uciekłem w używki, wróciłem do żywych. Dorobiłem się pozycji i większych pieniędzy. O Nowym Jorku jednak nigdy nie zapomniałem…

– …i Nowy Jork też nie zapomniał o Panu. W 2002 roku renomowany amerykański Jazz Press Pana płytę Soul of Things umieścił w dziesiątce najlepszych płyt, a album Suspended Night w 2004 Billboard Magazine odnotował jako jeden z najlepiej sprzedających się albumów na rynku amerykańskim… Ta Ameryka była Panu pisana. To Pan się bronił.

Tomasz Stańko: Więc przestałem. W 2005 roku na warsztatach jazzowych w Danii grałem ze znanym basistą, który teraz mieszka w Izraelu, i on mi powiedział, że kupił sobie garsonierę w Nowym Jorku na Upper West Side. Mówił: „Stary, kupić tam mieszkanie to teraz świetny interes”. Tak mi to w głowę zapadło, że już nie było odwrotu.

Trzy lata później, w 2008 roku, złotówka była niewiarygodnie mocna, dolar kosztował chyba złoty dziewięćdziesiąt… Grałem wtedy koncerty muzyki Komedy w Museum of Modern Art z towarzyszeniem polskiego zespołu Kwartet Plus i saksofonistą Billym Harperem, postanowiłem zostać więc w Nowym Jorku na dłużej i poszukać czegoś dla siebie. Zamieszkałem wtedy w małym jazzowym hoteliku niedaleko słynnego klubu Jazz Standard, gdzie właścicielem był polski Żyd, a sprzątały polskie dziewczyny. Przez ten hotel przewinęło się wielu jazzmanów, wtedy też kilku tam mieszkało, więc wszyscy bardzo mi kibicowali, bym znalazł naprawdę dobre lokum. Przeszedłem Nowy Jork wzdłuż i wszerz. Lubię chodzić, zaglądać w każdą dziurę, jeździć subwayem, przyglądać się ludziom. Mnie, staremu samotnikowi, ten nowojorski ruch bardzo odpowiada. Może dlatego lubię wielkie miasta, bo lubię być i samotny, i jednocześnie wśród ludzi. I nie rozumiem tych, którzy twierdzą, że w Nowym Jorku wpadają w depresję.

– I tak, chodząc po Manhattanie, znalazł Pan mieszkanie nieopodal domu swojego idola Milesa Davisa.

Tomasz Stańko: Uwierzy mi pani, że to przypadek? Aczkolwiek podobała mi się ta Upper West Side jeszcze z poprzednich wizyt. Czasami nawet zapędziłem się, idąc bez celu przed siebie, i momentami wydawało mi się, że to jest już daleko od tego ścisłego centrum, które uwielbiam, od Piątej Alei, Time Square, od tego kolorowego tłumu. Mieszkańcy Upper West Side są bardziej spokojni, wolniejsi, ruch też jest tu mniejszy. Ale za to obok Central Park… Znajoma podpowiedziała mi, że jest dwupoziomowe mieszkanko na Amsterdam Avenue, może jeszcze wolne. Poszedłem tam natychmiast. Wąski budynek z bramą pod charakterystycznym zielonym baldachimem, doorman, stary domofon w hallu, skrzypiąca winda. Mieszkanko wysokie jak loft. Z wielkimi oknami wychodzącymi na ulicę. Na dole pokój z kuchenką, łazienka, na górze sypialnia z garderobą. Popatrzyłem i pomyślałem: Żeby było wolne. Było.

– Tylko w zasadzie po co to mieszkanie w Nowym Jorku? Można miesiącami mieszkać w tanich hotelach i czuć się dobrze.

Tomasz Stańko: Ale nie u siebie. Wiedziałem, że jeśli nie będę tu naprawdę mieszkał, zawsze będę obcy. Miałem 66 lat, swoje już zrobiłem, ale wciąż chciałem muzycznie iść dalej. Jak nie wtedy, to kiedy? Chciałem grać z nowymi ludźmi, w nowych miejscach, poszukać nowych inspiracji, nowych brzmień. Nie można, mieszkając w Polsce, być jednocześnie castingowcem w Hollywood, bo człowiek, żeby wiedzieć, co się dzieje, musi być w środku tego wszystkiego. A tak to zawsze z przypadku, za kogoś, bo ktoś coś sobie przypomniał. A jak człowiek jest na miejscu, chodzi na te koncerty, na które warto, poznaje nowych ludzi, może sobie wypatrzyć dobrych muzyków. Czy pani wie, że ja zdecydowanie lepszego nosa do muzyków mam, odkąd tu mieszkam? Coś w tym jest. 

– Ale czy tak łatwo kupić mieszkanie w Nowym Jorku?

Tomasz Stańko: Znów uratował mnie przypadek. Po pierwsze, miałem konto w banku, bo tak zasugerowano mi w wytwórni. Podczas którejś trasy koncertowej agentka z Universalu namówiła mnie, bym wykupił sobie social security. Potem twierdziła, że powiedziała to żartem, bo tam w urzędzie zawsze jest tłum ludzi i w ogóle sprawa jest nie do załatwienia. A ja poszedłem, spokojnie stanąłem w kolejce, urzędniczce pewnym głosem powiedziałem, że jestem artystą z Polski, bywam od czasu do czasu w Ameryce. Ona machnęła mi przed nosem kartkami do wypełnienia, a jak oddałem, zapytała uprzejmie: „Gdzie to panu przesłać?”. „Do Polski”. Doszło kilka tygodni później. I z tym papierem już miałem podstawę, by ubiegać się o kupno mieszkania.

– „Artysta”? Czy to dobra rekomendacja? Nawet Madonnie mieszkańcy jednej z kamienic nieopodal Central Parku powiedzieli stanowcze „nie”!

Tomasz Stańko: Na szczęście w mojej kamienicy nie było tak źle. Ale może gdybym kupował mieszkanie, tam gdzie Madonna, musiałbym powiedzieć, że mój ojciec był sędzią. Kiedy Wojciech Fibak kupował mieszkanie, zataił fakt, że jest sławnym tenisistą, za to przyznał, że jego ojciec był ordynariuszem w szpitalu. Pomogło.

– Lubi Pan to swoje mieszkanie?

Tomasz Stańko: Bardzo. Powiem pani, że jestem włóczęgą. I pętam się przez całe swoje życie. Gdy tylko skończyłem 20 lat, ruszyłem w drogę. Teraz mam 74, więc wygląda na to, że włóczę się już od ponad pół wieku. Przez lata byłem bez mieszkania i nawet bałem się, że nie mam żadnych perspektyw. Moim domem zawsze był hotel, a teraz tak się poukładało, że mam swój hotel, prywatny, na Upper West Side. Mam też mieszkanie w Warszawie, dom w Podkowie. Ale ciągle mnie nosi między tymi domami. Tu, w Nowym Jorku, czuję się najlepiej.

Jestem sam. Lubię samotność, myślę nawet, że mam w sobie jakiś gen samotności. Lubię sam o sobie stanowić, sam podejmować decyzje. Żyję cały czas w swoim świecie, który sobie buduję, kształtuję i jestem zupełnie wolnym człowiekiem. Nikt i nic nie ma na mnie wpływu. Kiedy tu przyjeżdżam, przez pierwszy tydzień mam jet lag i 24 godziny na dobę tylko do swojej dyspozycji. Mogę więc przespać pół dnia, obudzić się o trzeciej po południu, skoczyć na Village. Potem w nocy, gdy nie mogę zasnąć, gram.

Najważniejsze właśnie, że nikt nie zabrania mi grać. Akustyka jest tam bardzo dobra. Gdy gram w nocy, zakładam tłumik, w dzień gram do woli. Dwa piętra niżej mieszka waltornista i on też ćwiczy. Nie przeszkadzamy sobie. Mam dwie sąsiadki z dwóch stron mieszkania. Jedna, gdy któregoś razu zobaczyła mnie z trąbką, zdziwiła się: „To pan gra? A ja myślałam, że to ktoś piętro niżej”. Drugiej sąsiadce chyba bardziej przeszkadza, ale nic nie mówi, bo choć nie była na moich koncertach, znajomi powiedzieli jej, że obok mieszka sławny trębacz. Więc tylko uśmiecha się na dzień dobry.

– Dobrze tu Panu.

Tomasz Stańko: Dobrze mi w tej dzielnicy. Dwa parki obok, Central Park i jeszcze jeden, nad rzeką. Chodzę tam biegać. Czasem zapuszczam się dalej, do Harlemu. Znają mnie już gazeciarze, mam swoje sklepy, szewca, pralnię i makrobiotyczną restaurację przy 90th. Po herbatę jadę na Greenwich Village, mam tam taki sklep z różnymi mieszankami. To są już moje kąty, moje miejsca. Już je znam i rozumiem. Uwielbiam chodzić o szóstej rano do Central Parku. Wtedy tam jest niezwykły traffic. Setki, może tysiące ludzi biega ze słuchawkami w uszach. Mam zawsze wrażenie, że z tego biegania powstaje jakaś siła, niezwykła wibracja i energia, która potem przenika na cały Nowy Jork. I pewnie właśnie ta energia sprawia, że świetnie mi się tu tworzy.

– Łatwo znaleźć inspirację.

Tomasz Stańko: Moje pisanie w ogóle ruszyło w Nowym Jorku. Wcześniej miałem jakąś dziurę. Kiedy jestem w Polsce, nie mogę usiedzieć w miejscu, nieustannie mnie gna. Jak posiedzę kilka dni w Warszawie, jadę do Podkowy, potem wracam po jednym dniu, bo znów mnie gna. Ostatnio nic w Warszawie nie napisałem, choć mam w domu własne ministudio i wyciszony pokój do grania, w Podkowie może ze dwa utwory. Wszystko mnie rozprasza, denerwuje, męczy. Za to w Nowym Jorku nikt i nic nie wybija mnie z rytmu, żadnych odwiedzin, telefonów, umówionych kolacji. Nie uczestniczę w żadnym wyścigu szczurów, jestem biernym obserwatorem, widzem i to mi daje pewien rodzaj relaksu potrzebnego, by tworzyć. Mogę pracować całą dobę. Mam pianino w domu, siedzę sobie godzinami i mam święty spokój. Płyty Wisława czy Dark Eyes napisałem tam błyskawicznie.

Dark Eyes to odesłanie do konkretnego obrazu.

Tomasz Stańko: Do Oskara Kokoschki. Dark Eyes of Martha Hirsch. Ten obraz wisi w Neuve Galerie Ronalda Laudera na rogu Piątej i 88th Street. Lubię tu przychodzić, posiedzieć, popatrzeć. W ogóle uwielbiam nowojorskie muzea. I ludzie mi tam nie przeszkadzają. Zawsze znajdzie się jakaś salka, gdzie można w samotności pokontemplować sztukę. Kiedy kończy mi się wena, idę na chama do Metropolitan Museum of Art. Popatrzę na kobierce, stanę przed którymś ze swoich ulubionych obrazów, przed jednym z aktów Modiglianiego i już znajduję się w innym nastroju. Już mam. Już wiem, co dalej. Wracam i piszę. I jak widać, jakoś mi to idzie. Lubię zagłębiać się w życiorysy malarzy. Spójrzmy chociaż na tego Modiglianiego. Zanim wyjechał do Paryża, już wszyscy postawili na nim kreskę, a on pojechał i dopiero zaczął tworzyć. Coś widać jest w tych wielkich miastach, że otwierają artystów.

– Słyszy Pan muzykę miasta? Co wpada w ucho w Nowym Jorku?

Tomasz Stańko: Ta muzyka tak wibruje tu i miesza się, że czasem człowiek przejdzie się jedną ulicą, a ma wrażenie, że trafił na jakąś muzyczną wieżę Babel. Ale, wie pani, ja ciągle słyszę jazz. Może to już jakieś zboczenie. Wchodzę do zwykłej knajpy, a tam grają Coltrane’a, Rollinsa albo starego Milesa Davisa. Same sławne jazzowe płyty. I to mi uświadamia, że to jest kraj tej muzyki. Że jazz był w Ameryce sztuką codzienną, a ponieważ staje się coraz bardziej wyrafinowany, przyciąga coraz bardziej wyrafinowaną publiczność. Dlatego wszystkich jazzmanów gna do Nowego Jorku. Zdarza mi się, że ludzie rozpoznają mnie na ulicy. Uśmiechają się, mówią: „Good afternoon, Mr. Stanko”. Kiedy stało się to pierwszy raz, byłem w szoku. Teraz zdarza się to często. Myślę, że oni po prostu chodzą na moje koncerty.

– Albo słuchają Pana płyt. Od lat jest Pan główną gwiazdą wytwórni ECM.

Tomasz Stańko: Każdą moją płytę recenzuje choćby New York Times, a to jest opiniotwórcze. Ludzie w Nowym Jorku czytają recenzje płyt. A złych recenzji nie miałem. Mój utwór Suspended Night/Variation VII znalazł się w płytowej antologii jazzu stworzonej przez największy na świecie kompleks edukacyjno-badawczy, amerykański Instytut Smithsona. Na ponad 100 zebranych tam utworów zaledwie garstka to nagrania Europejczyków. A idea tej publikacji to prezentacja największych legend i innowatorów w historii jazzu. Od ponad 10 lat w ankiecie magazynu Down Beat jestem notowany w pierwszej dziesiątce najlepszych trębaczy świata. Tak mówię pani teraz o tym, ale w gruncie rzeczy dla mnie nie zaszczyty są ważne, a muzyka. Kocham koncerty. Mam w Nowym Jorku sale, gdzie zawsze na mnie czekają. Birdland, Jazz Standard, Merkin Hall…

– Village Vanguard…

Tomasz Stańko: Akurat w Village Vanguard nie grałem. Tak myślę sobie, że nadszedł czas, by to zmienić. Coś nowego. Lubię wyzwania.

– Dużo czasu Pan spędza w Nowym Jorku?

Tomasz Stańko: Przyjeżdżam tu trzy, cztery razy w roku, na miesiąc, dwa, czasem nawet trzy. Zwykle jestem  całą zimę. Teraz jest początek lipca, a zamierzam zostać do końca sierpnia. Raz tylko wyskoczę na jeden koncert do Finlandii. Gdy widzę, jak moi koledzy muzycy jeżdżą do Europy czy na drugi koniec świata na jeden job, myślę, że trzeba jeździć. Gdy się dużo pracuje, czas zwalnia. Od marca miałem intensywny okres, duża trasa po Europie, wiele koncertów w Polsce, koncerty w Chinach, Australii, potem we Włoszech nagrałem płytę… I wydaje mi się, że od tego marca minęły ze dwa lata. Teraz trochę odetchnę i ruszam dalej.

– Co by Pan stracił w życiu, gdyby nie zamieszkał w Nowym Jorku?

Tomasz Stańko: Ruszyłem. Ruszyłem jeszcze raz. Taka nowa perspektywa mi się pojawiła. I życiowa, i muzyczna. Dał mi kopa ten Nowy Jork. I, wie pani, dziś się cieszę, że nie zostałem tu 30 lat temu. Z moim charakterem pewnie bym się spalił, dawno wrócił, jak zresztą prawie wszyscy moi europejscy koledzy. Dla nich Nowy Jork to już przeszłość, ja będę korzystał z tego miasta do końca życia. Jestem rentierem. Lubię tak o sobie mówić. Odpowiada mi to. Chociaż muzykowi naprawdę nie jest tu łatwo. Bez względu na to, czego dokonał. Parę lat temu grałem w Birdlandzie z wielkim amerykańskim saksofonistą jazzowym, Lee Konitzem. Miał wtedy 86 lat. W Birdlandzie gra się z rzędu dwa show. O wpół do dziewiątej wieczorem pierwszy – 75 minut i o wpół do jedenastej kolejne 75 minut. Pomiędzy mała przerwa. Mnie, choć jestem od niego sporo młodszy, trudno tyle ustać na scenie. Konitz poprosił właściciela klubu, by skrócić drugi show, a ten słynnemu Lee Konitzowi odpowiedział krótko: „Nie”. Nowy Jork nie odpuszcza nikomu i nigdy. I o tym nie można zapomnieć, choćby nie wiem, kim się było.

– Czuje się Pan już nowojorczykiem?

Tomasz Stańko: Czasem tak, czasem nie. Nie, kiedy muszę na lotnisku odstać swoje do punktu emigracyjnego, bo nie mam obywatelstwa amerykańskiego. A bywa, że są to trzy, cztery, a nawet i pięć godzin. Tak, kiedy płacę za elektryczność i za mieszkanie, bo mocno przestrzega się tu regularności. Ale najbardziej czuję się nowojorczykiem, gdy wjeżdżam już na Manhattan i słyszę ten huk ulicy. Znam wielu ludzi, którzy uciekli z Nowego Jorku właśnie przez ten huk. Kompletnie tego nie rozumiem. Ja za nim tęsknię. On jest jak jazz.

Zobacz naszą galerię ze zdjęciami Tomasza Stańko z Nowego Jorku.  ZOBACZ ZDJĘCIA

Rozmawiała Katarzyna Przybyszewska. Nowy Jork, 9 lipca 2016 roku
Zdjęcia: BERNARD KWAPIŃSKI

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Małgorzata i Radosław Majdanowie o tym, czego nauczyli się o sobie dzięki podróżom! Zobacz ich niezwykłe zdjęcia z Izraela!