TYLKO U NAS!

Maria Nurowska w poruszających słowa o Jance Lewandowskiej!

Tą książką pisarka kończy karierę!

Konrad Szczęsny 8 listopada 2018 14:16
Maria Nurowska o Jance Lewandowskiej
Fot. Materiały prasowe Prószyński Media

Historia Janki Lewandowskiej, jedynej kobiety, która zginęła w lasku katyńskim, jest niezwykle poruszająca. Chciała zostać śpiewaczką, ale związała się z lotnictwem. Po śmierci została awansowana do stopnia porucznika. Dlaczego jej życiorys był dla Marii Nurowskiej tak ważny? Jak udało jej się napisać tę książkę, która jest dokumentacją przeżyć tej wyjątkowej kobiety? I dlaczego jest ona jej pożegnaniem z czytelnikami? O tym ulubiona pisarka Polek opowiedziała w wywiadzie z Krystyną Pytlakowską...

Krystyna Pytlakowska: Ostatnio na Facebooku czytałam, że w poprzednim wcieleniu byłaś wilkiem. Ale wilk nie pisze książek.

Maria Nurowska: A skąd wiesz? Może pisze tylko w innym języku, wilczym.

Jaka książkę byś napisała jako wilk?

Napisałabym, co wilki myślą o ludziach i że daleko ludziom do watahy, w której młodsi opiekują się starymi i gdzie każdy ma swoje prawa. W świecie ludzkim tego nie ma.

Nie mogłabyś być wilkiem, bo jesteś uzależniona od pisania a wilk nie obsługuje komputera.

Nie wilkiem ale wilczycą a pisanie jest moim zawodem. W ten sposób zarabiam na chleb.

Jakiś czas temu już zapowiadałaś, że kończysz z pisaniem i teraz zajmować się już będziesz tylko pensjonatem, a niedługo potem powstała książka o Jance Lewandowskiej.

Książka o Jance to zupełnie wyjątkowa historia. Ona była we mnie od wielu, wielu lat. Odkąd w dzieciństwie dowiedziałam się o Jance, kim była i jak umarła. Nie zdawałam sobie jednak do końca sprawy z tego, jakie naprawdę było jej życie i czym był Katyń. Opowiadał mi o tym ojciec, ale wtedy odsuwałam to od siebie, bo gdy dziecko słyszy o czymś strasznym, nie chce przyjmować tego do wiadomości. Kiedy jednak stałam się zawodową pisarką, pomyślałam, że już mogę spróbować napisać o Jance książkę, bo nie zrobię jej tym krzywdy. I zaczęłam szukać materiałów, dałam ogłoszenie, że poszukuję osób, które miały kontakt z Janiną Lewandowską albo z jej rodziną.

Ogłosiłam to w radiowym programie. Zadzwoniła wtedy do mnie redaktorka z wiadomością, że zgłosiła się pani, która była wieloletnią gosposią w domu generała Dowbora-Muśnickiego, ojca Janki. One się poznały, kiedy miały po dwanaście lat, Frania początkowo przychodziła do pałacu z matką, a potem zajęła jej miejsce. Przyjaźń z Janką przetrwała do dnia, kiedy Janka poszła na wojnę i z której nie wróciła. Frania była powiernicą Janki, mogłam się więc od niej dowiedzieć o różnych, nawet błahych sytuacjach, które miały miejsce w domu Generała, zwierzały się też sobie ze spraw sercowych. Dla mnie to była kopalnia wiadomości.

I wtedy miałaś już przymus napisania tej książki, bo mając takie materiały nie mogłabyś odpuścić?

Bardzo chciałam napisać tę książkę o naprawdę niezwykłej kobiecie, która nie mieściła się w gorsecie, jaki przed drugą wojną światową nakładano kobietom. Chciała żyć na własnych warunkach, mimo sprzeciwu ojca. Generał uważał, że rolą kobiety jest wyjście za mąż i rodzenie dzieci. A ona miała inne plany. Jej pasją było szybownictwo, a potem samoloty. W 1930 roku wzięła udział w konkursie skoków spadochronowych w Paryżu. Skoczyła z 5 tysięcy metrów i ustanowiła rekord w skokach kobiet. Życie wydawało się dla niej łaskawe, zakochała się z wzajemnością w swoim instruktorze szybownictwa. Ale byli małżeństwem tylko dwa miesiące, rozdzieliła ich wojna. Ona nie musiała iść na wojnę, ale chciała. Uważała, że nie może siedzieć w domu, skoro wróg napadł na Polskę. Jej oddział został otoczony pod koniec września i wraz z innymi Janka trafiła do obozu w Kozielsku. I to był dla mnie problem, jak opisać Kozielsk. Na szczęście dotarłam do książki, w której zebrane zostały dzienniki i notatki jeńców Kozielska.

I już nie mogłaś odkładać opowieści o Jance!

Nie mogłam, chociaż wiedziałam, jakie to będzie trudne. Czytałam bardzo osobiste zwierzenia ludzi, którzy nie brali pod uwagę tego, co się potem z nimi stało. Miałam wrażenie czytając te dzienniki, że ich autorzy oderwali się od rzeczywistości, snując domysły, że może alianci ich „wykupią”. Do końca nie wiedzieli, jak to się potoczy i że to ostatni etap ich życia. Były tam wpisy bardzo poruszające. Jeden z oficerów opisywał swoje zniszczone buty narzekając, że nie może wychodzić z baraku. Opisywał zaduch, jaki tam panował w tych kamiennych murach, gdzie koczowało pięćset osób.

Buty mógł zreperować dopiero, gdy dostał bezpłatny talon, co uważał za wielkie szczęście. W tych dziennikach jest dużo takich historii, które tworzą klimat, jaki tam panował. Opisywano naukę angielskiego, grę w brydża i w pokera. Był chór, były pogadanki i wszyscy mieli apetyt na życie. Choć było wiadomo, że Stalin nie wybaczy Polakom wojny z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku. To było oczywiste, ale oni nie przyjmowali tego do wiadomości.

Czy w tych dziennikach padło nazwisko Janki Lewandowskiej?

Nie, pisano tylko że „była u nas pilotka i poczęstowaliśmy ją herbatą”. I to na pewno dotyczyło Janki, bo była w Kozielsku jedyną kobietą. Opowiadał też o niej mojemu ojcu jego przyjaciel podoficer z oddziału kawalerii, który dostał się do Kozielska i przeżył. Podoficerów Rosjanie w pewnym momencie wywieźli do łagrów, gdzie Stalin darował im życie. To oficerów rezerwy nienawidził, wiedząc, że są elitą Polski. Mieczysław w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku wrócił do kraju, odszukał mojego ojca, opowiedział mu o niezwykłej kobiecie pilotce, która miała bardzo silny charakter i wspierała tych, którzy się załamywali. Nazywano ją nawet Matką Boską Kozielską. Mówiłam o niej potem różnym osobom, ale nikt nie wiedział, kim była Janka Lewandowska. Nawet historycy.

Jak to tłumaczysz?

Nie rozumiem tego, bo przecież Donald Tusk w Smoleńsku jedyną z nazwiska wymienił właśnie Jankę a jednak nadal panowała wokół niej cisza. Ja też mam wrażenie, że moja książka o Jance się nie przebija, czytelnicy, którzy ją przeczytali twierdzą, że jest wspaniała i dziękują mi, ale jednak pozostaje jakby niezauważona. Mam nadzieję jednak, że to się za chwilę zmieni.

A może ludzie nie lubią czytać historii ze złym zakończeniem, uciekają od smutku?

Ale paradoksalnie ta książka nie jest smutna. Jestem zaskoczona, że notatki o niej pojawiają się w pismach jako ciekawostki historyczne a to przecież Jance uwłacza, ona nie jest ciekawostką, jest bohaterką.

A może chodzi o twoją odwagę przekazywania prawdy bez osłonek. Dla wielu osób jesteś współczesną Janką Lewandowską.

Gdzie mnie do Janki! Ale mam poczucie, że ona jest ciągle blisko mnie. Wiem, jaka była uparta i dlaczego się ciągle kłóciła z ojcem. Chciałabym, żeby wielu ludzi przeczytało tę książkę i żeby nie traktowali jej jak dokumentu. Bo to opowieść o cudownej kobiecie. Zresztą nie musiałam nic tutaj wymyślać, opisałam tylko pewne sytuacje. Janka w mojej książce jest żywa, silna – taka prekursorka feminizmu. Nikt jej wtedy nie rozumiał. Dzisiaj pewnie byłaby przywódczynią tego ruchu. To kobieta żołnierz.

Szkoda, że jej mąż już nie żył, kiedy się o nim dowiedziałaś.

Tak, ale jego córka była w Polsce, opowiadała o ojcu. Wiesz, że on nie powiedział drugiej żonie o tym, że był wcześniej żonaty? Wyznał to dopiero dzieciom po śmierci ich matki. Ale swoją sukę, owczarka alzackiego, nazwał imieniem psa Janki…

Wiesz, dlaczego nie powiedział żonie o Jance?

Właśnie mnie to nurtuje.

Bo wtedy padłoby pytanie: czy kochałeś ją bardziej niż mnie…

No widzisz, a ja cały czas się zastanawiałam, dlaczego on tak postąpił. Odkryłaś tę tajemnicę. Może znasz kobiety lepiej ode mnie.

Bo tak naprawdę opowieść o Jance Lewandowskiej jest też opowieścią o jej wielkiej miłości – chociaż tak krótkiej.

Jej mąż wrócił po wojnie do Polski z Anglii, był pilotem w dywizjonie 307. Na pewno wrócił, żeby jej szukać, niestety nie znalazł. Zmarł w Blackpool w 1997 roku. Nie dowiedział się, co się z Janką stało.

Mówiono, że w Kozielsku była jedna kobieta i że znaleziono jej czaszkę. Profesor Popielski z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu trzymał tę czaszkę jak relikwię, ujawnił ten fakt dopiero w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku. Dopiero badania w dwa tysiące piątym potwierdziły, że to czaszka Janki Lewandowskiej.

Bardzo ciekawa jest twoja książka, przeczytałam ją jednym tchem, ale myślę, że na niej nie poprzestaniesz.

Naprawdę to już moja ostatnia książka. Myślę, że dlatego zaczęłam pisać, aby powstała ta opowieść o Jance. Uważam ją też za swoje pożegnanie z czytelnikami, byli mi wierni od czasów mojego debiutu i ta wspólnota z nimi nadawała sens mojemu życiu. Ale kiedyś wszystko ma swój koniec. Czuję się zmęczona  

Pamitnik znaleziony w Katyniu, Maria Nurowska
Fot. Materiały prasowe/Prószyński i S-ka

Janina Lewandowska, jedyna kobieta, która zginęła w Katyniu
Fot. Wikimedia Commons

Wideo

Poznaj jeden z największych trendów w makijażu!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Ewa Farna bez tajemnic! Takiej rozmowy jeszcze nie było!